wtorek, 23 lipca 2013

Lato z Anielicą cz. 3, czyli trudy rozstania

Jeżeli jeszcze nie macie dosyć pseudo-diablicy Wiktorii i jej mocno bezsensownych przygód, ten rozdział prawdopodobnie to zmieni. W tej części AŁtorka wreszcie przestanie udawać, że jej bohaterka nie jest Mary Sue i zaleje nas niesamowita fala ogólnej zajebistości i ideału w każdym calu. 
Będzie dużo kiepskich dialogów, z których część musiałyśmy dla dobra własnego zdrowia wyciąć, postaci tak irytujące, że nie da się wytrzymać, oraz ogólny brak sensu. 
Indżojcie!

Rozdział 5
Nie wiedziałam, jak przyjąć tę informację. Zacząć się szaleńczo śmiać z jego głupoty? A może powinnam rozpaczliwie płakać w przeświadczeniu, że niedługo spotka mnie coś złego?
W moimi rozumowaniu powinnaś przyjąć taką minę:


i odejść w pokoju, bo nikt cię mimo wszystko nie przykuł do tego grzejnika i do niczego nie zmusza. 

O tym, że diabeł Azazel był szalony, wiedziałam już od dawna. Jego niewykonalne plany zdobycia władzy nad światem nie były mi obce.
No nie wiem czy takie niewykonalne, skoro ostatnio o mało co mu się to nie udało. 
BTW, pod koniec Diablicy Azazel mówi Kleopatrze, że chciałby zostać archaniołem. Wszyscy wokół to słyszeli, Wiki to pamięta, więc dlaczego teraz tak się tym podniecają?

 Niemniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że aż w takim stopniu uległ psychozie.
Jeszcze chwila, a postanowi zostać Bogiem.
Prawdziwy Bogu nie był zbyt zadowolony, że jakiś tam jego twór może pretendować na jego stanowisko, ale ostatecznie był Wszechmogącym i w razie potrzeby mógł dziada spopielić.
Spokojnie, na to AŁtorka też, w swoim czasie, znajdzie sposób. 

- Czy żeby stać się Archaniołem, nie trzeba przypadkiem być aniołem...? - prychnęłam.
Beleth wzruszył ramionami.
- Każdy z nas jest aniołem - stwierdził. - I ja, i Azazel. Nawet Lucyfer. Poprostu jesteśmy zdegradowani do innej rzeczywistości. 
Brzmi to tak, jakby w ramach kary mieli ćpać jakieś podłe LSD.
Uwielbiam jak strącenie z niebios AŁtorka zamienia na "zdegradowania do innej rzeczywistości".  Tak jakby ktoś po prostu cofnął ich level.

Zostaliśmy stworzeni jako anioły, oddech Boga. Tego nie da się zmienić. Podobnie jest u was na Ziemi. To, że ktoś trafił do więzienia, gdzie odsiaduje karę za swoje złe uczynki, nie sprawia, że przestał być człowiekiem.
Ałtorko, nie porównuj naszych ziemskich rzezimieszków do istot, które zbuntowały się przeciw samemu Bogu. Podczas riserczu zeszłam w bardzo mroczne rejony, to znaczy zajrzałam do Katechizmu Kościoła Katolickiego i jest tam taki ustęp: "Pismo Święte mówi o grzechu tych aniołów. Ich «upadek» polega na wolnym wyborze dokonanym przez te duchy stworzone, które radykalnie i nieodwołalnie odrzuciły Boga i Jego Królestwo. […] Nieodwołalny charakter wyboru dokonanego przez aniołów, a nie brak nieskończonego miłosierdzia Bożego sprawia, że ich grzech nie może być przebaczony. Nie ma dla nich skruchy po upadku, jak nie ma skruchy dla ludzi po śmierci". 

Teraz ja wzruszyłam ramionami. Nie interesowały mnie jego filozoficzne wynurzenia i malownicze porównania.
Czasami wydaje mi się, że bohaterka nie uznaje za interesującą każdą wypowiedź, która składa się z więcej niż jednego zdania złożonego. Zaczekajcie, aż zacznie narzekać na "wykłady", które nie zajmują nawet połowy kartki tej nieszczęsnej książki. 

- To do czego Azazel potrzebuje mnie tym razem? - westchnęłam. Nie miałam ochoty grać już w te gierki.
Jednak znając twój poziom asertywności, wiemy, że mimo wszystko zrobisz cokolwiek tylko Beleth i Azazel powiedzą, żebyś zrobiła, podkreślając przy tym jak bardzo jesteś samodzielna w podejmowaniu decyzji. 

Chciałam wiedzieć, co się dzieje.
Poprzednio zostałam zamordowana i obdarzona mocą tylko po to, żeby pomóc mu obalić Lucyfera piastującego stanowisko Szatana. Co miałam zrobić teraz? Zrzucić z tronu Gabriela?
Łe? Dlaczego ty w ogóle rozważasz pomoc facetowi, który doprowadził do twojej śmierci? Który jest diabłem? Od którego jesteś pewnie silniejsza po zjedzeniu tego jabca? I przede wszystkim: dlaczego za darmo?
Bo Imperatyw Blogaskowy plus niezdolność AŁtorki do prowadzenia fabuły w sposób logiczny. 

Po plecach przebiegł mi dreszcz niepokoju. Posłałam Belethowi spłoszone spojrzenie. Może rzeczywiście o to mu chodziło?
- Azazel na drodze sądowej usiłuje teraz udowodnić, że cała ta sprawa z rewolucją Lucyfera to nieporozumienie - wyjaśnił mi Beleth. - Chce im wytłumaczyć, że potępiony i strącony z Niebios powinien być tylko Lucek, bo my byliśmy nieświadomi konsekwencji i całej sytuacji.
Czy Gabriel ma mentalne sandały i skarpety, że dałby sobie wcisnąć taki kit?

Oniemiałam. Azazel naprawdę zamierzał wrócić do Arkadii...
- I co na to Archanioł Gabriel? - zapytałam.
Archanioł Gabriel już dawno powiedział, że ma dosyć i wyjechał do Kanady gonić łosie, bo wszystko ma więcej sensu niż ta książka. 

W Niebie władzę sprawowali archaniołowie. Gabriela miałam już okazję poznać podczas zamieszania, w którym z Belethem o mało nie doprowadziliśmy do zagłady ludzkości.
Ale podkreślam, że zrobiliśmy to niechcący i przypadkowo.
Oj tam, każdemu zdarza się przez przypadek doprowadzić do apokalipsy.


 Kto by podejrzewał, że Księżyc pod wpływem bomby atomowej może rozpaść się na kawałki i zacząć wchodzić w atmosferę Ziemi, grożąc globalną katastrofą,mającą unicestwić życie na całej planecie?
 Szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie o co chodziło z księżycem, ale muszę przyznać, że dla kogoś, kto nie przeczytał pierwszej części ten fragment musi być niezłym odjazdem. 
 Bo sekta czcząca Azazela, a konkretnie jej filia w Korei Północnej, wystrzeliła z Kremla rakietę (rakieta, atomówka, co za różnica), ale Wiki i Beleth wypchnęli ją w atmosferę i nakierowali na Księżyc.
...I znów cytując Kinga: Przepraszam, czy ktoś tu pierdnął?

No ja tego nie podejrzewałam...
Podejrzewałby to każdy, kto jest świadom, że księżyc nie jest zrobiony z sera.

A jeśli chodzi o Gabriela, to szczerze wątpiłam, że będzie zadowolony z widoku diabłów w Niebie.
Przesadzasz, stary dobry Gabe z pewnością właśnie rozstawia szwedzki stół i tablice do dartów. 

- Powiem ci, że jestem naprawdę pod wrażeniem zdolności Azazela - Beleth uśmiechnął się do siebie. - Zdołał udowodnić Gabrielowi, że to całe potępienie już dawno uległo przedawnieniu i że nie ma świadków na to, że ja i Azazel kiedykolwiek braliśmy udział w rewolucji Lucyfera.
Wedle twoich późniejszych słów, Bogu jest wszędzie, więc jako świadek byłby niezły.
Wiesz jakie byłoby rozwiązanie sytuacji? Olać istnienie Boga w drugiej połowie książki, tak żeby nie mieć problemów z takimi detalami. 

- I co teraz? - zdziwiłam się. - Już jesteście aniołami?
- Nie... - przetarł zmęczonym gestem oczy.
Dziwie się, że jeszcze nie sięgnęłam po wódkę, ten dialog AŁtorka wydrążyła w pniu starej sosny. 

 - Teraz władze blokują nam wejście do Niebios. Cały czas szukają różnych kruczków, które Azazel skutecznie obchodzi. Jednak ostatnio postawiono warunek, którego spełnić nie możemy...
Jego głos robił się coraz cichszy. Siedział zamyślony, wpatrując się w przestrzeń. On już nie znajdował się na Ziemi. On szedł podniebnym szlakiem wśród innych aniołów. Wśród swoich wspomnień.
Tęsknił za życiem anioła. Już dawno temu to zauważyłam. Beleth zawsze udawał chojraka. Twierdził, że woli być w Piekle, pić alkohol i korzystać ze wszystkich możliwych sposobów autodestrukcji. 
Jaka autodestrukcja, skoro on jest nieśmiertelny? To raczej bycie swoistym perpetuum debile, bo może codziennie próbować przeskoczyć Wielki Kanion na rowerze, a i tak będzie się regenerował za każdym razem.
Werble proszę, bo oto AŁtorka przedstawia nam pierwszy ze swoich z dupy wziętych zwrotów akcji. Ja, Diablica składała się niemalże w całości z zachwytów na temat tego jak niebo jest nudne i pełne napuszonych aniołów pitolących sobie na harfach, a piekło jest imprezowym rajem, pełnym ludzi, którzy lubią się dobrze bawić. W drugiej części za to bohaterka nagle uświadamia sobie, że piekło jest pełne smutnych, samolubnych ludzi i tak naprawdę nikt nie chce tu być. 

Wielokrotnie mnie o tym zapewniał. Nigdy mu nie uwierzyłam. Pod tą maską bawidamka krył się skrzywdzony przez los facet.


Albo tylko na takiego pozował, bo uważał, że w ten sposób zdobędzie moje serce i przychylność.
Czekaj, skoro skrzywdzony facet KRYJE SIĘ pod maską, to w jaki sposób na takiego pozował?
Pozował na skrzywdzonego przez los faceta kryjącego się pod maską bawidamka. To jakaś incepcja osobowości?

- Jaki warunek? - zapytałam, wracając do rozmowy.
- Powiedzieli, że, o ironio, nie wpuszczą nas do Nieba bez skrzydeł, które własnoręcznie nam obcięli przed tysiącami lat...
Przypomniałam sobie długie przypalone blizny na jego łopatkach i okoliczności, w jakich je zobaczyłam.
Co on, regularnie je opala, by wyglądały odpowiednio klimatycznie?
Dziewiczo blade łopatki widocznie nie są sexy. 

Zapytałam wtedy Beletha, jak to jest latać. Powiedział, że nie da się tego z niczym porównać, że jest niepowtarzalne, nie do opisania. Po chwili zastanowienia dodał, że uważał tak do momentu, w którym mnie poznał. Potem już wiedział, że latanie jest jak pierwsza miłość, zakochanie.
Liczę sobie miliony lat, ale to ciebie pokochałem jako pierwszą. <3 

- Azazel chce, żebyś stworzyła nam skrzydła - powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
W jego złotych tęczówkach zobaczyłam prośbę. 
Można było nawet dostrzec małe literki układające się w "Chcę cię przelecieć... to znaczy się przelecieć".

On chciał latać. Chciał móc znowu być aniołem.
Pomimo tego, że przez całą pierwszą część powtarzał w kółko jak to anioły są frajerami, a niebo jest nudne. 
No wiesz, on pozuje na skrzywdzonego przez los faceta pod maską bawidamka. Musi mówić, że niebo jest dla lamusów.

Poczułam się bezsilna. Jak mogłabym przywrócić im skrzydła?
- Masz ogromną moc po zjedzeniu jabłka - Beleth wziął mnie za rękę. - W ten sposób połączyła się siła piekielna z mocą Iskry Bożej, którą posiadasz. Potrafisz leczyć rany zadane gorejącym mieczem, tak że nie zostają po nich żadne ślady. To niewyobrażalne. Nikt nie ma takiej mocy. Nawet Szatan. Pewnie nawet Gabriel i reszta archaniołów nie są do tego zdolni.
Level of Being Mary Sue: +10 000. Całe zastępy aniołów padają przed tobą na twarz, Lucyfer zapomniał, że powodem jego buntu była niechęć służenia ludziom i teraz czule masuje ci stopy, na Ziemi masowo powstają kościoły ku czci Wiktorii Wszechmaryśnej, Jezus prosi o partnerstwo handlowe. Bogu się jeszcze zastanawia, ale jak się okaże, nie na długo.

Miałam za swoje. Wystarczyło raz się popisać. Raz! Tylko jeden raz!
Aha, jasne, tylko raz. Bohaterka szpanuje swoją mocą przez całą pierwszą część, ale już ustaliliśmy, że ciągłość fabuły to może być dopiero u Rowling.

 I teraz znowu będę miała kłopoty, bo zachciało mi się usunąć mu bliznę z policzka.
 Ciesz się, że dr Szczyt jeszcze cię nie pozwał za odbieranie mu pracy. 

  Dobre serce się we mnie odezwało, a oni od razu wymyślili sobie, że teraz stworzę im skrzydła, skoro jestem taka wszechmogąca.
BoChaterko, sam Beleth mówi, że przy tobie szatan to pała, a ty nie jesteś w stanie odmówić - czy nawet o tym POMYŚLEĆ - diabłu, który wykorzystał swoją śmierć do własnych celów?

- Beleth - spróbowałam wyrwać dłonie z jego uścisku, ale mi nie pozwolił. - Nie wiem, czy dam radę.
- Spróbuj - poprosił i odsunął się ode mnie. - Co ci szkodzi?
Znowu usiłowali wciągnąć mnie w jakąś intrygę, która zapewne źle się dla mnie skończy.
Nagle przyszła mi do głowy straszna myśl. Zjadłam jabłko. Jabłko. Które jedzą po śmierci tylko wybrańcy! Boże, czy ja nie żyję? Zabili mnie?! ZNOWU?!?!?!
Aj tam, widzisz tylko pustą połowę szklanki, pomyśl o tym, że przez to jesteś jeszcze bardziej wybrańcowata.
I trochę sfrustrowana, patrząc na ilość wykrzykników i pytajników.

Złote oczy Beletha zalśniły żywo.
- Tylko proszę, nie myśl teraz o mrówkach. 
Dzięki za przypomnienie, teraz na pewno nie będę o nich myśleć.

Ja ci wszystko wytłumaczę.
Zaskoczona wyrwałam się z mantry złorzeczeń.
- Słyszysz moje myśli? - warknęłam.
Mam nadzieję, że nie, bo jeżeli zaraz zacznie ją chwalić za mądrość, to nie wytrzymam tej farsy. 

- Otrzymałaś moc przed chwilą. Musi minąć pewien czas, zanim zaczniesz ukrywać myśli. Teraz jeszcze tego nie umiesz. 
Czekaj, czyli, że niby potrafi wszystko, jest potężniejsza od wszystkich aniołów, demonów i co tam jeszcze Dan Brown wymyśli, a nie jest w stanie po prostu ukryć swoich myśli?

Pamiętasz? Tak samo było poprzednio. Po prostu z czasem nabierzesz pełni mocy piekielnych. Spokojnie. Zapewniam cię, że niedługo nic nie będę słyszał, jeśli nie będziesz chciała mi czegoś przekazać.
Już mniejsza o to, czy słyszał, jak komentuję w myślach, że jest seksowny. Teraz najbardziej interesowało mnie, czy jestem martwa.
Jest to jeden z tych momentów, w których bohaterka zadziwia wszystkich, nieoczekiwanie zmieniając swoje priorytety życiowe. 

- Żyjesz - powiedział Beleth. - Spokojnie. Nie zabiliśmy cię. 
Chwała Bogu, a już myślałam...

Po prostu zjadłaś jabłko. Można powiedzieć, że jesteś teraz kimś na wyższym stopniu wtajemniczenia. Dzięki jabłku obudziła się też w tobie moc Iskry Bożej. To dlatego poprosiłem, żebyś nie myślała o mrówkach...
W poprzedniej rzeczywistości zabiłam dwa diabły. Mogłam to zrobić bez trudu. Wystarczyło pomyśleć, że zamieniają się w pył. Byłam do tego zdolna dzięki Iskrze. Istoty nieśmiertelne nie potrafiły tego robić - one musiały używać gorejących mieczy.
Wiecie, jaki jest problem z tymi gorejącymi mieczami?

Ja jednak na tak bezpośrednie morderstwo, jakim było zamienienie ich w pył, nie potrafiłam się zdobyć, pomimo że owe dwa diabły zamierzały nas z zimną krwią zabić w taki sposób, żebyśmy cierpieli jak najdłużej.
Wykorzystałam wtedy moc Iskry, spotęgowaną siłami piekielnymi jabłka, i zmieniłam ich kształty. Tego także nie potrafił zrobić żaden normalny diabeł czy anioł. 
Wydaje mi się, że odpowiedniejszym słowem jest tu "postać", bo przemieniła ich w stworzenia zupełnie innego gatunku, a nie ukształtowała ich w kwadraty ani nie sprawiła, że wyrosły im piersi.

Zamieniłam wrogie diabły w dwie mrówki, które potem zdeptałam.
Wyrzuty sumienia, które zniknęły, gdy straciłam pamięć, na nowo odżyły w mojej głowie. Byłam morderczynią.
Nadmienić warto, że wyrzuty sumienia nie zniknęły razem z pamięcią, lecz po prostu nigdy nie istniały. 

O nie! Czy to przypadkiem definitywnie nie pokrzyżowało moich szans na dostanie się po śmierci do Arkadii?
Już nie włożysz skarpet do sandałów, niepowetowana strata.

Beleth pochylił się w moją stronę i przytulił mnie do swojej szerokiej piersi. Pachniał morską bryzą i orientalnym kadzidłem. Silne mięśnie rysowały się pod koszulą. 
No tak, jak już wie, że nie umarła to od razu przestawiła się na priorytet numer jeden - dupy. 

Na szyi miał tajemniczy wisior złożony z wielu koralików, przypominający muzułmański różaniec. Beleth był taki, jakiego go zapamiętałam. Seksowny płomień Boga.
Czy tylko dla mnie brzmi to określenie jakoś... dziwnie i kojarzy się fallicznie?

- Musiałaś to zrobić. Inaczej by nas pokonali. Byli silniejsi - pocałował mnie we włosy. 
- To dziwne, skoro de facto zdołałam bez trudu ich pokonać.
To nie pierwszy raz, kiedy pomimo teoretycznej (wyimaginowanej) przewagi bohaterki okazuje się, że nie ma szans w starciu z wrogiem.

- Zabiliby nas. Przestalibyśmy istnieć.
Czyli, że niby... zabiliby was na śmierć? 

Wbrew pozorom śmierć nie była taka zła. Oczywiście o ile trafiło się do Nieba lub Piekła, miejsc dobrej zabawy. 
W zasadzie to Niższa Arkadia była miejscem zabawy, a Niebo miejscem nudy - na to przynajmniej wyglądało.
Ale to nie przeszkadzało im obu być miejscami zabawy, z tym wyjątkiem, że Niebo tak jakby nim nie było...
Ja wiem, że jest późno i jestem zmęczona, ale czy tylko ja widzę tu pewne nieprawidłowości?

Gdy było się złym, trafiało się gdzieś indziej. W miejsce, do którego nie miały wstępu nawet diabły. 
Suchar time: gdzie diabeł nie może, tam Wiki pośle - nietrudno się więc domyśleć, gdzie będzie się toczyć akcja trzeciej części.
BTW, trochę to nie robi sensu. Bo to miejsce (spojler - Tartar) pełni w praktyce funkcje Piekła i jest miejscem faktycznego potępienia, a tymczasem to, co za Piekło się podaje, różni się od Nieba tylko klimatem i serwowaniem drinków z palemką. Nie czytałam Potępionej, mogę więc się zastanawiać, czy pojawi się tam pewien bóg z płonącą grzywką - Tartar jest najniższą częścią Hadesu, co tworzy nam drobny teologiczny pieprznik. 

Beleth mówił mi, że takie dusze przestawały po prostu istnieć, ale ja w to nie wierzyłam.
Ekhem... wierzyłaś... ekhem.

 W końcu nikt ich nie przebijał gorejącym mieczem. Nie byłam pewna, czy duszę można zniszczyć innym sposobem. W końcu czym ona jest? Czy można unicestwić coś niematerialnego?
Jakiś czas temu w Piekielnej Kuźni rozbiłam kamień duszy Mefista, więc teoretycznie się da... Ale to i tak bardzo dobre pytanie. Wiktoria po śmierci była jak najbardziej materialna - chociaż jej doczesne szczątki spłonęły, to jadła, piła, mogła być dotykana - także przez żywych - i mogła bez problemu wrócić na Ziemię. Teraz martwą nie będąc, dostaje się do Piekła ot, tak i maca Beletha, który człowiekiem nie jest. Niech mi ktoś to objaśni.

Z kolei zabójstwo przy użyciu gorejącego miecza gwarantowało, że skasowany delikwent nie trafi w żadne miejsce wiecznego spoczynku. Tej metody nie używano jednak zbyt często. Raptem raz, dwa na kilka miliardów lat. 
Ziemia ma 4,45 miliarda lat. Wszechświat około 13,7 miliardów. Chyba te miecze już kapkę pordzewiały.

Wszystkie gorejące miecze, a w każdym razie te znajdujące się w Piekle, były szczelnie zamknięte w podziemiach pałacu Szatana. Nikt niepowołany nie miał do nich dostępu.
To była największa i najstraszniejsza kara. Zniknięcie na zawsze. Nie więzienie, nie ból, ale to, że już nic potem nie będzie. Pustka, cisza, wieczny sen bez snów.
Pytanie do Czytelników! Co byście wybrali jako swój pośmiertny los:
a) przestać istnieć i tym samym stracić świadomość tego nieistnienia
b) być uwięzionym na wieczność w jakimś makabrycznym miejscu bez możliwości wydostania się
b) już zawsze być przykutym do skały i znosić to, że psychopatyczny diabeł dzień w dzień wyrywa kawałki ciała rozżarzonymi do białości obcęgami?

Los, który spotyka największych zwyrodnialców, jacy kiedykolwiek istnieli.
Szczerze, wolałabym, żeby najwięksi zwyrodnialcy klasycznie smażyli się w piekle zamiast po prostu wziąć i zniknąć.
Trochę to nawet rozmija się z ideą kary czy resocjalizacji, rzekłabym.

I ja to zrobiłam, sprawiłam, że ktoś przestał istnieć.
Byłam morderczynią.
Albo bardzo zdolnym magikiem, zależy od której strony na to patrzeć.
Wstrzymać konie, chwileczkę. Powiedzmy, że możemy zgodzić się z logiką, że dogłębniejsze posmyranie delikwenta grającym mieczem kończy się zniszczeniem duszy. Ale sama przed chwilą powiedziała, że tylko posmyranie może dać taki efekt, a ona te mrówki rozdeptała. To jak może przeżywać jak - nomen omen - mrówka okres odesłanie ich w nicość? To znaczy, że diabła można zabić na śmierć? Ale skoro dusza jest nieśmiertelna i tylko posmyranie... ech, daremnie, dajcie mi wódki...

W ramionach przystojnego diabła czułam się bezpieczna.
I powracamy do głównego wątku tej książki - ślinieniem się do kaloryferów.

 Gładził mnie po plecach, próbując uspokoić. Wiedziałam, że mnie czarował, usiłował stworzyć iluzję mającą zapewnić, że najlepiej będzie mi właśnie z nim. Porzucona i zdradzona miałam ogromną ochotę ulec tej iluzji i wszystkim pokusom, które niosła ze sobą.
Nu, bo każda dziewczyna, co zerwała ze zdradzającym facetem (w którym była zakochana od dawna) ma jeszcze tego samego dnia ochotę oddać się innemu - byłoby to jeszcze zrozumiałe, gdyby nie był to diabeł, który swoim magicznym jabcem pozbawił ją złudzeń. Podkreślam, wszystko dzieje się tego samego dnia.

Odsunęłam się na tyle, by spojrzeć mu w oczy.
- Czy gdybym nie potrafiła stworzyć wam skrzydeł, to i tak zwróciłbyś mi pamięć? - zapytałam.
- Może zabrzmi to pusto i tandetnie, ale nie wiem. Chciałem, żebyś była szczęśliwa. A skoro znalazłaś szczęście u boku tego nieudacznika...
Jego mina wyrażała szczerość i powagę. W jednej chwili nabrał niebywałej szlachetności.
Jak nic obrósł w rubiny i szmaragdy, taki był szlachetny. 
Nie wiem gdzie szukać szlachetności w krytykowaniu wyborów osobistych dziewki, która ci się podoba. 

- Kłamiesz - stwierdziłam.
Poważna maska spadła z jego twarzy, a oczy zabłysły wesoło.
- Oczywiście, że kłamię. Czego innego się po mnie spodziewałaś? - żachnął się i zanim się spostrzegłam, pocałował mnie szybko w usta. 
Niespełna kilka chwil wcześniej trzasnęła go z liścia za suchy żart, a teraz ją pocałował i nic?


- Jesteś moja, piękna Wiktorio. Twoje oczy błyszczą jak dwa księżyce w pełni, twoje usta kuszą czerwienią wiśni, twojego rozumu mogliby ci zazdrościć mędrcy. 
Rozumu zazdrościli jej tylko dwaj mędrcy: Kontuzjusz i Debiliusz Młodszy.
Oraz ci z mędrców będących kanibalami, z czegoś tak świeżego Gordon Ramsay z pewnością mógłby zrobić kulinarne dzieło. 

Jak mógłbym oddać taki skarb innemu? I to na dodatek takiemu niedojdzie jak ten cały Piotr?
- Takie teksty były modne w innym stuleciu - udałam oburzenie.
I w innym miejscu, na przykład nagrane na płytę "Największe CHity pcimskiej sceny disco polo".

Beleth pochylił się nade mną. Delikatnie musnął wargami moje wargi.
- Bądź moja - szepnął. - Albo będę wymyślał kolejne komplementy.
Kurde, to dopiero impas.

Miał rozszerzone źrenice.
Matka wie, że ćpiesz?
Podobno rozszerzone źrenice u mężczyzny świadczą o zainteresowaniu kobietą. Ale wolę wersję o ćpieniu.

 Złote tęczówki wyglądały jak płynne złoto. Czarne rzęsy rzucały głębokie cienie na policzki. 
Jezu, on ma markizy zamiast rzęs?
Nie, jego rzęsy są po prostu bardzo mhroczne i roztaczają wokół samoistnie cień.

Otoczył mnie zapach orientalnego kadzidła i morza.
Jeszcze raz wspomni o tym walonym orientalnym kadzidle i morzu, a zrobię z niej kebaba.

 Chciałam zatonąć w tych oczach. Chciałam oddać się uczuciom. Wraz z pamięcią powróciło zainteresowanie diabłem. Zawsze mnie pociągał, chociaż broniłam się przed tym uczuciem.
Znowu mnie pocałował. Gwałtowniej. Przesunął palcami po mojej brodzie, zmuszając, bym rozchyliła usta. Leniwie smakowaliśmy się nawzajem.
Zdawało się, że czułam posmak pasty z tuńczyka.

Przypomniałam sobie poranek. Odepchnęłam gwałtownie Beletha.
Co ja robię?
Miałam wrażenie, że zdradzam Piotrka. Irracjonalne, przecież nie mogłam go zdradzać, skoro już z nim nie byłam.
No nie wiem, obcałowywanie się z facetem, jakąś godzinę po bolesnym zerwaniu z kimś, kogo twierdziłaś, że kochasz też nie wydaje się zbytnio fair. 

 W oczach stanęły mi łzy. Czułam się taka skrzywdzona.
Przystojny mężczyzna odsunął się ode mnie, nadal jednak mnie obejmował. 
Uwaga, na scenę wchodzi nowa postać, przystojny mężczyzna. W jaki sposób doszło do tego, że zaczęli się obmacywać, wolimy nie wiedzieć. 

Tym razem już przyjaźnie. Po prostu mnie pocieszał.
Jest wiele sposobów na pocieszanie osoby, która dopiero co zerwała z ukochanym, ale wydaje mi się, że wpychanie języka do jej gardła nie jest najwłaściwszym z nich. 

Głaskał mnie po ramieniu i czekał cierpliwie, aż się uspokoję. Dlaczego Piotruś mnie zdradził? 
Piotrusiomierz: 8

Co ze mną było nie tak? Czemu nie byłam dla niego dość dobra? 
A może, że tak powiem, to z Piotrusiem jest coś nie tak, skoro zdradza cię z typową aż do bólu blacharą? (Bo oczywiście to nie jest sprawka Beletha.)

I co miałam zrobić z tym kipiącym pożądaniem diabła?
Jak coś kipi, to z reguły najlepszym wyjściem jest sięgnąć po kurek kuchenki i nim pokręcić, a teraz czytaj między wierszami i znajdź odpowiedź na swoje pytanie.

- Beleth, czemu mi to robisz?
- Wiktorio... - odezwał się w końcu. - Sama pomyśl. Kogo wolisz? Przystojnego, skromnego wszechmocnego diabła czy nieudolnego śmiertelnika?
Zgromiłam go spojrzeniem.
A potem jeszcze spiorunowałam, żeby było sprawiedliwie. 
I ukamieniowałam, tak dla przykładu.

- Hm, kogo wolę? Z jednej strony mam diabła, który kłamie i morduje, a z drugiej śmiertelnika, który kłamie i zdradza. Nie wiem. To naprawdę ciężki wybór. Obaj macie tyle pozytywnych cech...
Beleth głośno się zaśmiał.
- Cieszę się, że poczucie humoru ci wraca - odparł. - To dobry znak.
Normalnie żarcik-kosmonaucik, ehehe. 

Wstał i podał mi dłoń.
- To jak? Idziemy do Piekła? Starzy przyjaciele czekają, że ich odwiedzisz...
Nie czeka się "że", tylko na coś. 

Rozdział 6

Los Diablos - stolica Niższej Arkadii. Kulturalny ośrodek całego Piekła, skupiający najsłynniejszych artystów i wykonawców. 
Bo wykonawcy już nie zaliczają się do artystów. 
Kulturalny ośrodek Piekła co prawda skupia się głównie na imprezach, ale nie wymagajmy zbyt wiele. 

To jedyne takie miejsce w całych zaświatach. Nigdzie indziej nie spotkasz na ulicy Cezara, Marilyn Monroe czy Michaela Jacksona (i to w tym samym momencie!). 
To byłoby trudne, chyba że Lucyfer miałby w podziemiach swojego pałacu również maszynę do klonowania. 

Założone przeszło osiem tysięcy lat temu miało nawet swój ziemski odpowiednik - Los Angeles.
W samym centrum tej niesamowitej metropolii znajduje się rezydencja Lucyfera, piastującego stanowisko Szatana - władcy Podziemi. Wzorowana na pałacu w Wersalu, tak naprawdę jest istnym majstersztykiem architektów, którzy trafili do Piekła. 
W sensie, że pomimo tego, że jest wzorowana na Wersalu? Nie wiem do czego zmierzasz, ale uważaj, bo masz przed sobą psychofankę Ludwika XIV. 
I psychofankę Joanny d'Arc. Nie doszłyśmy do analizy tego fragmentu pierwszego tomu, ale ja Ałtorce nie zapomnę, jak opisała rzeczoną robiącą "pokazowe samozapłony" przed rezydencją szatana.

Z pozoru pastelowa i wesoła, na każdym balkonie i gzymsie ukrywa powykręcane pyski gargulców.
A teraz wyobraźcie sobie Wersal, wersja Pałac Kucyponków, i poutykane wszędzie rzygacze. Zwłaszcza na tych balkonach. I które nie tylko były zakończeniem rynien, ale też miały odstraszać zło.
Pastelowy Wersal, pełen gargulców... wie ktoś jak w łatwy sposób wyrobić sobie pozwolenie na broń?
Ja bym od łojca wzięła, ale nie chce mu się w domu niczego trzymać.

 Podobno raz na tysiąc lat, na wielkim przyjęciu milenijnym, z ich gardzieli wypływa najdroższy ziemski szampan.
Dziwne, że nikt tu nie produkuje jakiegoś piekielnego szampana, który swoim smakiem przewyższałby wszystkie szampany z Ziemi. Na co dzień pewnie leciał zacny trunek o nazwie Sperma Szatana.

Te formułkę, a także wiele innych, miałam wyuczoną na pamięć, tak, bym obudzona w nocy mogła wypowiedzieć ją bez zająknięcia. W mojej pracy diablicy, która polegała na przekonywaniu zmarłych, że pragną trafić do Piekła jako miejsca wiecznego odpoczynku, pożądana była wiedza encyklopedyczna. 
Przewodnik po Los Diablos wykułam na pamięć.
Buehehehe, przez pięć stron narzekałaś, że musisz książkę przeczytać, więc nie wciskaj mi tu kitu, że aż tak bardzo się napracowałaś. 

Teraz stanęłam obok Beletha naprzeciwko gładkiej ściany. Miałam okazję znowu tam trafić. Tym razem już nie jako obywatelka Niższej Arkadii (potoczne pojęcie „potępiona” było wielce niepolityczne) 
Mówi się niepoprawnie politycznie. Jak niepolityczne, to jakie, anarchiczne?

ani jako diablica, ale jako człowiek.
Żywy człowiek z diabelską mocą.
Lucek ucieszy się na mój widok...
- Nie mam klucza - powiedziałam do Beletha. Odwrócił się zaskoczony. 
- Jak to nie masz? Przecież zostawiłem ci go po cofnięciu w czasie.
To Beleth na rozkaz Archanioła Gabriela (jak się okazuje to Niebo tak naprawdę rządzi w Piekle)  bo nasza dewiza to "Sens nade wszystko" cofnął mnie w czasie do momentu poprzedzającego morderstwo. 
Zonk. Beleth cofnął ją o parę miesięcy jeszcze przed morderstwem, do tego momentu, jak siedziała z Piotrusiem na balkonie (patrz trzecia analiza Diablicy). Wtedy, kiedy się w nim zakochała - to znaczy już w nim była zakochana, gdy się cofnęła, bo wszystko pamiętała, to znaczy po chwili zaczęła wszystko zapominać... oh, wait...

Dzięki temu zmienił bieg historii, przez co nigdy nie zginęłam. I nie dopuściłam do zagłady ludzkości...
Słyszycie ten dziwny dźwięk? To właśnie oklapła logika. Jeśli jest się podróżnikiem w czasie, to jest się poza normalną czasoprzestrzenią i oczywistym jest, że zachowuje się swoje wspomnienia. Tymczasem Wiktoria takim podróżnikiem nie jest. Umarła i cofnęła się do momentu, gdy była jeszcze żywa, tym samym odzyskała ciało. Jeżeli w takim układzie nigdy nie zginęła, to jak może pamiętać coś, co nigdy się nie wydarzyło?

Pomyślałam o małym srebrnym kluczu, grawerowanym w róże. O oliwkowej skórze, na której widziałam go po raz ostatni. Na piersi Piotrka...
- Tak - odpowiedziałam diabłu. - Ale teraz jest... jakby to powiedzieć... niedostępny.
- Jak to?
- Piotrek go ma, a ja nie mam ochoty się z nim spotykać.
Beleth pokiwał głową ze zrozumieniem. Wyjął z kieszeni swój klucz. Już miał go wsunąć w ścianę, ale go zatrzymałam.
- Mogę zrobić sobie kopię? - zapytałam.
Zgodził się bez oporów. W końcu miałam w tym doświadczenie.
Wzięłam klucz w dwa palce. Był dłuższy od mojego. Oplatał go srebrny wąż, symbol pokusy. Idealnie pasował do przystojnego Beletha. 
W sensie, że również od niego czuć było odpustem?
Tym samym naprawdę już wiemy, że Beleth jest przystojny, czy możemy iść dalej?

Zamknęłam klucz w dłoni i pomyślałam intensywnie o jego fakturze, pozwalającej na zwrot vatu.
A tak na serio, nie czepiam się, faktura to poprawne słowo... ale przy analizowaniu obrazu, a nie przy opisywaniu klucza w książce dla młodzieży. 

ciężarze, barwie i przeznaczeniu.
Połączenie mocy diabelskiej z Iskrą dało jeszcze jedną dość ciekawą możliwość. Potrafiłam kopiować klucze diabła.
Co prawda nie pomoże ci to podczas finału tej książki, podczas którego zapomnisz o swojej epickiej mocy, ale póki co, można przyszpanować. 

Tego także nie umiał żaden diabeł ani anioł. Tak po głębszym namyśle, to oni wszyscy byli znacznie słabsi ode mnie. Gdybym była wystarczająco silna psychicznie, to może zdołałabym ich przekonać, żeby dali mi święty spokój, bo inaczej będzie źle.
Poważnie, poziom marysuizmu w tej książce każe mi się zastanawiać, czy to nie jest jakaś dziwna prowokacja. 
Gdyby pozamieniała ich wszystkich w mrówki, nie musiałaby się zadręczać niskim poziomem asertywności. Naprawdę, bohaterko, w pełni rozumiem problemy z odmawianiem, ale ty ich wcale nie masz. Ciągle odmawiasz Belethowi seksu, kazałaś się walić Piotrusiowi i nie miałaś z tym problemu, nawet do pokoju babki z ZUSu weszłaś w stylu Eastwooda. 

Tylko że ja nie byłam silna psychicznie. Jak stwierdziła Kleopatra, podobno miałam momentami siłę przebicia niewolnicy.
Ale pamiętaj, to ty byłaś zwycięskim plemnikiem. 
Spartakus natomiast mlasnął zdegustowany.

Otworzyłam dłoń. Leżały na niej bliźniacze klucze. Podałam Belethowi oryginał. Pochylił głowę, puszczając mnie przodem.
- Pomyśl o swoim domu w Los Diablos - powiedział. Poczułam w brzuchu niemiły ucisk. A jak nie zadziała? Jak mi się nie uda?
Chciałabym, ta książka byłaby o wiele bardziej strawna  gdyby zamiast czterystu stron miała ich pięćdziesiąt. 

Wsunęłam klucz w ścianę. Wszedł w nią z lekkim oporem jak w lekko zamrożone masło albo rozrabiane właśnie ciasto drożdżowe. Magia.
Magia jest niczym lekko zamrożone masło, cóż za niesamowicie poetyckie porównanie. 

<ciach>
Wiktoria otwiera sobie drzwi do swojej posiadłości, w której  - szczęśliwym trafem - za sprawą Beletha nikt nie zajął podczas nieobecności właścicielki. Ciekawe, co może chcieć w zamian.

Wzruszyłam się. Naprawdę poczułam się, jakbym wracała do domu. Do miejsca, gdzie mogłam zamknąć się w czterech ścianach i udawać, że jestem na wczasach w Grecji, gdzie znikały wszystkie smutki i rozterki.
Zaczekaj, aż pojawią się rosyjscy turyści.

Za to pojawiały się całkiem nowe problemy.
Oho, aż słychać pobrzękiwanie tych złotych łańcuchów.

Za naszymi plecami usłyszałam tupot czyichś stóp. Odskoczyłam w bok przestraszona, że to może słudzy Lucyfera szarżują z gorejącymi mieczami.
Ubrana w przezroczystą suknię Kleopatra wyminęła mnie i zamachała rękami, napotykając pustkę w miejscu, w którym przed chwilą stałam.
Proszę państwa, proszę o werble, oto na scenę wchodzi najbardziej irytująca postać jaką kiedykolwiek stworzono. 

 W ostatniej chwili, zanim upadła, złapał ją Azazel. Biedaczce aż przekrzywiła się korona z kobrą królewską na czole.
Jak zauważyłam z niesmakiem, podstępny diabeł wykorzystał nawet tę krótką chwilę, by obmacać biust królowej.
Ktoś stojący za mną zaśmiał się szyderczo skrzeczącym głosem. Odwróciłam się  zaskoczona. Miałam przed sobą Śmierć. W pierwszym odruchu zapragnęłam ją wyściskać, jednak na szczęście się powstrzymałam. Nie byłam pewna, czy wolno mi było jej dotykać.
Poza tym chyba nie chciałam poznać jej... konsystencji.
Śmierć podpierała się solidnym, lekko zakrwawionym toporem, prawie dorównującym jej wzrostem. Niespełna półtorametrowej wysokości, odziana w swój brązowy habit, zasłaniający ciało, którego i tak nie miała, chichotała teraz bezgłośnie.
Skąd bohaterka wie, że śmierć nie ma ciała, skoro nigdy jej nie dotknęła?
I nie widziała?

- Witaj śmiertelniczko - zwróciła się do mnie. - Powrót na stare śmieci, co?
- Tak - uśmiechnęłam się. - Na to wygląda.
Pokiwała głową.
- Lubię cię - stwierdziła.
Tak mało realistycznej postaci w życiu nie widziałam. Nie chodzi mi tu o jej bezcielesność, ani to, że jest śmiercią. Ale żeby lubić główną bohaterkę?!
A brudzia wszak razem nie piły. 

Wszyscy odwrócili się zaskoczeni w jej stronę. Nie od razu zrozumiałam, co takiego dziwnego powiedziała. Dopiero po chwili pojęłam, że Śmierć po prostu nigdy nie okazała publicznie uczuć.
To, albo ktoś właśnie powiedział, że lubi kogoś takiego jak ty. 
Śmierć pewnie deklaruje to wszystkim, którzy przywracają wiarę w sens jej pracy. Ludziom od Nagród Darwina, na przykład.

Nie byłam pewna, czy to dobrze, że Śmierć mnie lubi. Chociaż może mogło mi to zagwarantować dłuższe życie? Albo wręcz przeciwnie.
Nie chcę nic mówić, ale znajomość ze śmiercią jakoś ci nie pomaga, skoro raz już umarłaś, a teraz  bez tego trafiłaś do piekła...
Ma półboską moc, jest silniejsza od szatana, przyjaźni się ze Śmiercią!... a jest taką dupą wołową.

- Ja ciebie też - odpowiedziałam nieśmiało.
- Taaaak - mruknęła i pogroziła mi rękawem habitu. - Lubię cię, więc masz na siebie uważać i nie wpadać w żadne kłopoty.
Kleopatra, piastująca stanowisko diablicy, odchrząknęła głośno i podeszła do mnie. 
Najwyraźniej uznała, że Śmierć nie może przywłaszczyć sobie całych powitań. Królowa nie mogła przecież być od niej gorsza.
Nie wiem, jakie ma być zadanie tej postaci w książce, ale coraz bardziej wydaje mi się, że ma ona sprawiać, że Wikta wydaje się być mniej irytująca. Nie działa.
To tak w temacie tej postaci kobiecej, która jest ładna i jednocześnie ma sympatyczny charakter. Coś czuję, Toldie, że zaoszczędzisz na tym piwie i nikomu go nie postawisz.

Objęła mnie mocno.
- Stęskniłam się za tobą, Wiktorio - zaszczebiotała mi do ucha. 
Dlatego nie próbowałam w żaden sposób się z tobą skontaktować. 

 Nawet nie wiesz, jak mi ciebie brakowało. Nie miał kto mi doradzać, jakie pióra przyczepić do sukni! - W tym momencie Śmierć rozkaszlała się, usiłując ukryć śmiech.
- Wiesz, odwiedziłam cię raz na Ziemi - kontynuowała Kleopatra. - Chodziłaś po centrum handlowym. Miałam się przywitać, ale zauważyłam urocze pantofle na wystawie sklepowej, a potem gdzieś mi znikłaś. No, ale najważniejsze, że mam te buty. Pokażę ci potem.



Jezu, naprawdę?...

Niezgrabnie poklepałam ją po łopatce.
- Taaaak... brakowało mi cię, Kleo - zaśmiałam się serdecznie. Azazel uśmiechał się do mnie drapieżnie. 
W sensie tak?

Albo tak:


Czarne włosy zaplótł w krótki warkocz na karku. 
Po co dodawać, że na karku? No chyba wiadomo, że warkocz nie opada zwykle na nos.

Kilka pasm opadało mu na oczy. Jak zwykle cały był ubrany na czarno. Jedyny kolorowy akcent stanowiły dwa błękitne piórka na rzemyku u jego szyi.
Wszyscy uczą, że nawet obrazki na maturze opisy konstruuje się od ogółu do szczegółu. Nie dlatego, bo tak sobie MEN wymyśliło, ale dlatego, że mózg działa tak, a nie inaczej - najpierw dostrzega światło, potem kształt, ruch i pomniejsze duperele. Tutaj najpierw zaczyna się od warkocza, i pasemek opadających na oczy, jakby było to niemożliwie istotne, a potem znów musimy wrócić do ogółu, czyli cofnąć się o krok i wyobrazić sobie tego Azazela odzianego w czerń. A potem znowu imaginować sobie jakieś piórka i rzemyki.

- Witaj, Wiktorio - powiedział.
- Azazelu - skinęłam głową.
Jeśli na tym świecie był ktoś, komu nie należało ufać pod żadnym pozorem, to właśnie taką osobą był Azazel.
Co nie przeszkodziło mi współpracować z nim w przeszłości, ani myśleć o dalszej współpracy. Bo jestem tak bardzo samodzielna i mogę podejmować własne decyzje. 

 Gdyby miał matkę i mógł ją sprzedać za skrzydła, to pewnie by to zrobił...
Dziwiło mnie, że spotykał się z Kleopatrą. Tych dwoje w ogóle do siebie nie pasowało. Co prawda, Kleo miała na sumieniu gromadkę zamordowanych, w tym sporo członków własnej rodziny... Och, poza tym, jak mogłabym zapomnieć. Azazel uparcie twierdził, że łączyły go z królową Egiptu dzikie żądze.
Poza tym oboje byli samolubnymi, rządzonymi przez własny popęd istotami, których czytelnik nie jest w stanie polubić, i które nie są w stanie myśleć o niczym innym jak o sobie. Sama nie wiem dlaczego ta dwójka mogłaby skończyć razem. 
Brzmi to też jak charakterystyka Beletha i Wiktorii.

- Musimy się spotkać i obgadać to, co zaszło między tobą a Piotrem - powiedziała Kleopatra. - Jak chcesz, możemy go wykastrować!
- Przemyślę to - odparłam wymijająco.
- Czy Beleth wszystko ci już wytłumaczył? - wtrącił się niecierpliwie Azazel.
- Wiktoria musi to przemyśleć - Beleth opiekuńczym gestem objął mnie za ramiona. - Na razie chciałaby odpocząć. Wybaczcie.
Pamiętajcie, że bohaterka jest tak samodzielna i nie potrzebuje niczyjej pomocy przy podejmowaniu decyzji?

Wszyscy zaczęli odchodzić. Śmierć pomachała do mnie wesoło rękawem habitu i wyczarowała czarną dziurę, którą poruszała się po wymiarach.
- W domu ktoś na ciebie czeka - zawołała jeszcze Kleopatra.
Chwilę później oboje z Azazelem znikli w zrobionym przez niego przejściu.
Beleth poprowadził mnie do domu.
W sensie, że oni wszyscy czekali na nią na trawniku przed domem niczym stadko wiernych labradorów?

 Otworzyłam drzwi. Nic w środku się nie zmieniło. Na ścianach wisiały rodzinne fotografie, które kiedyś zrobiłam. Książki, w tym Regulamin Piekła tom szósty, leżały tam, gdzie je zostawiłam przed opuszczeniem Niższej Arkadii. Nawet kubek z zaschniętą już herbatą stał niedbale porzucony na blacie niskiego stolika.
 Obok zużytej bielizny, którą rzuciłam na podłogę przed wyjściem aby zbawić świat. Poważnie, po kilku tygodniach bez doglądania, zaschnięta kawa w kubku jest najmniejszym z problemów na jakie się natkniecie przy wejściu. 
 Baj de łej, trudno mi sobie wyobrazić niedbale porzucony kubek, skoro nawet w pośpiechu człowiek jakoś stawia ten kubek jak należy - a nie chmajta nim przez całą długość pokoju, zanim włoży gacie Supermana. 
Usiadłam na szezlongu. Obok mnie, na miękkich poduszkach, haftowanych w orientalne wzory, rozparł się Beleth.
Niespodziewanie na moje kolana wskoczył czekoladowy kształt. 
Wielka, na wpół rozpuszczona bryła Milki rozplaskała mi się o uda.

Zaczął głośno mruczeć.
- Behemot! - ucieszyłam się i zaczęłam tarmosić go za uszami. - Ale urosłeś.
Z małego czekoladowego kociaka z jednym rudym uchem drugie za to było czekoladowe, więc je odgryzłam i zjadłam.
To ucho było jeszcze niedawno (w poprzedniej analizie) kremowe. Czy to było to drugie ucho? Kot z sierścią W KOLORZE czekolady z jasnymi uszami, a każde inne? Czy to zwierzę pływało w szambie i tylko uszy mu wystawały?

zamienił się w ogromnego kocura o długich pazurach. Nie był chudy, ale też nie gruby. Miałam wrażenie, że składał się z samych mięśni.
Czym oni go karmili? Koksem?
Nowego Whiskasa wypuścili.

- To pogromca okolicznych ptaków - powiedział Beleth. Rzeczywiście.
Nie słyszałam śpiewu ptaków w ogrodzie. Czyli opieka Kleopatry nad kotem polegała głównie na wypuszczaniu go na dwór?
Mówisz o kobiecie, która przez cały ten czas nie wyrzuciła nawet kubka po herbacie, który zostawiłaś na stole. Masz szczęście, że kot nie wydrapał sobie dziury w drzwiach. 

- Mój mały myśliwy - wtuliłam twarz w jego miękkie futro. - Tęskniłam za tobą.
Przez ostatnią godzinę, od kiedy pamiętam, że istniejesz?

<ciach>
Beleth próbuje flirtować z Wiktą podczas wymuszającego torsję dialogu, po czym zostaje brutalnie wyrzucony za drzwi. 

Pocałował mnie krótko w policzek i potarmosił kota za uchem. Otworzył szeroko drzwi wejściowe. Zobaczyłam za nimi jego krwistoczerwone lamborghini diablo, bezczelnie stojące jednym kołem na rabatce z kwiatami.
Lamborghini splunęło bezczelnie na chodnik i kopnęło przechodzącego obok szczeniaczka. Łezka zakręciła się w oku fanom motoryzacji, którzy byli w stanie wyobrazić sobie co przejechanie przez wysokie krawężniki może zrobić z tym samochodem. 

- Gdybyś mnie potrzebowała, zawołaj. Jestem do twoich usług. Do wszystkiego, czego sobie tylko zamarzysz - zamknął za sobą drzwi.
- To weź mi pozmywaj i odkurz.
A tak serio - on ją non stop nagabuje, ale czy oni oboje nie pamiętają, że diabły nie mogą spółkować ze śmiertelnikami, bo płodzą naspeedowane dzieci - a Wiktoria już nie jest diablicą? I że Beleth z tego powodu od trzech tysięcy lat siedzi zdegradowany w jakimś zatęchłym biurze?

Kompletnie zaskoczona spojrzałam na kota.
- On naprawdę wyszedł? - zapytałam zdziwiona. Kot pokiwał łebkiem. - Wciąż mnie zadziwia... - mruknęłam, bezmyślnie drapiąc kocura.
Rzeczywiście, faceci, którzy wychodzą, kiedy im się powie są tacy nieprzewidywalni.
W epoce mody na mężczyzn w stylu Greya to jest naprawdę dziwne.

Kot wczepił się pazurami w moje ubranie. Zupełnie jakby już nigdy więcej nie chciał mnie puścić.
Albo jakby chciał dobrać ci się do gardła i wyjść przez żołądek. 
Mam zamiar udowodnić światu, że nawiązania do Kinga pasują wszędzie, nie psujcie zabawy. 

- Przynajmniej ty mnie naprawdę kochasz - wyszeptałam mu w mokre od moich łez futro.
Behemot cierpliwie znosił mój płacz. Usiłował zlizywać mi z policzka łzy, ale nie mógł za nimi nadążyć.
W rzeczywistości sprawdzał, czy jest już wystarczająco blisko, żeby wydłubać jej oczy. 
Albo przymierał głodem i był tak spragniony, że jej łzy były jak światełko w tunelu.

- Piotruś mnie zostawił - szepnęłam. - Nie, to raczej ja go zostawiłam. O Boże... to ja z nim zerwałam. Ja!
Opowiedz nam raz jeszcze o twojej wybiórczej asertywności. 

Byłam teraz sama.

<ciach>
Nagle w ścianie pojawia się zarys drzwi. Wiktoria wie, kto za nimi stoi, choć i tak nazywa go "tajemniczym gościem". W tętniącym emocją i porywającym jak halny dialogu bohaterka każe się Piotrusiowi walić. 

W milczeniu wpatrywaliśmy się sobie prosto w oczy. Tęskniłam za nim.
Dziewczyno, ledwo kilka godzin się nie widzieliście, a ty już wściku dupy dostajesz.

 Tęskniłam aż za bardzo. Nie mogłam jednak wybaczyć mu zdrady. Nie chciałam, żeby stał teraz obok mnie. Nie chciałam widzieć jego twarzy. To bolało. Bolało bardzo mocno.
No, "bardzo mocno" to całkiem niezłe określenie dla uczucia, kiedy chcesz się położyć i umrzeć, ale trzymasz się całkiem nieźle, skoro jeszcze tego samego dnia przelizałaś się z Belethem.

- Nie chcę z tobą rozmawiać - powiedziałam. - To zbyt wcześnie.
- Rozumiem - pokiwał smutno głową. - Wiki, co ja teraz mam zrobić?
- To nie mój problem.
Zamknęłam drzwi. Nie trzasnęłam nimi, tak jak początkowo miałam ochotę. Po prostu je zamknęłam. Nie zatrzymał mnie. Złoty kontur błyszczał jeszcze chwilę.
Oparłam policzek na chłodnej ścianie. Położyłam dłoń w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była klamka.
Nie mogłam tego widzieć, ale on po drugiej stronie, na Ziemi, zrobił to samo. Oparł czoło o ścianę i westchnął ciężko.
- Jak ja mogłem to tak spieprzyć? - mruknął do siebie i przesunął palcami po chropowatej ścianie.
Skoro tego nie widzi, to skąd, do cholery, ona to wie?

Teraz dzieliło nas coś więcej niż tylko granica wymiarów.
A kuśka Beletha była to.

Znowu zaczęłam płakać.
Powoli osunęłam się na ziemię.
Obłok na chłodnym niebie. Daj spokój, Ałtorko, uczucia i wspomnienia wbrew pozorom da się opisać nie tylko w zdaniach pojedynczych robiących za haiku.

7 komentarzy:

  1. Wróciłyście do Diablicy,fajnie!
    Nikt nie ma takiej mocy. Nawet Szatan. -Ale to musi być zajebista książka!
    ...opisała rzeczoną robiącą "pokazowe samozapłony" przed rezydencją szatana..-tam są rewelacyjne kawałki,jak widzę.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. uśmiałam się niesamowicie. borska analiza. dziewczyny, uwielbiam was!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta książka jest przerażająca, już nawet Kossakowskiej udało się swego czasu stworzyć postaci, które - o zgrozo! - przejawiają czasem oznaki posiadania jaj i choćby szczątkowego charakteru. Z wyjątkiem Lucyfera, bo z niego zrobiła, nie bójmy się tego określenia, ciotę do kwadratu.
    W kwestii technicznej - chyba się wam w niektórych miejscach popsuły kolorki.
    Poza tym fajna analiza ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. " Seksowny płomień Boga.
    Czy tylko dla mnie brzmi to określenie jakoś... dziwnie i kojarzy się fallicznie?"

    Parę linijek wcześniej była mowa o "gorejących mieczach", sooo...

    PS Wywalcie weryfikację obrazkową!

    OdpowiedzUsuń
  5. "Oj tam, każdemu zdarza się przez przypadek doprowadzić do apokalipsy."
    I ta słodka minka Sama <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Podsumowanie części pierwszej:
    Chyba nie jestem zajebista.....
    Podsumowanie części drugiej:
    ALE JESTEM ZAJEBISTA !

    OdpowiedzUsuń
  7. "Nawet kubek z zaschniętą już herbatą stał niedbale porzucony na blacie niskiego stolika"
    Jak wygląda zaschnięta herbata? Bo jakoś ciężko mi wyobrazić sobie pół kubka suchego czegoś... co ponoć było herbatą.

    OdpowiedzUsuń