poniedziałek, 8 lipca 2013

Lato z Anielicą cz. 1, jak nie załatwiać spraw w urzędach

Wreszcie nadeszło lato. Sesja się skończyła, w autobusach śmierdzi bardziej niż kiedykolwiek, a czasu na analizy jest zaskakująco dużo. Dlatego też postanowiłyśmy rozpocząć największy jak dotąd projekt analizatorski, największy w naszej karierze. Po niewątpliwym sukcesie trzyczęściowej analizy książki "Ja, Diablica" postanowiłyśmy pójść dalej. Przeczytawszy drugą część, i wybiwszy sobie sporą dziurę w głowie od facepalmów, chciałyśmy podejść do tematu metodycznie. Zanalizujemy całą, lub przynajmniej większą część drugiego tomu serii- "Ja, Anielica". Czytelników o słabych nerwach prosimy o odejście od ekranów.  

W poprzedniej części:
Wiktoria, młoda studentka, mało rozgarnięta życiowo mieszkanka Warszawy, umiera w tragicznych okolicznościach i trafia do piekła, gdzie dostaje posadę diablicy i dowiaduje się o swojej zajebistości. Po drodze spotyka całą rzeszę przystojnych i kiepsko opisanych diabłów, jednak przez cały ten czas nie przestaje nawijać o swoim wybranku serca, pięknym, lakonicznym Piotrusiu, który nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Aby go uratować przed niecnymi zakusami sił piekielnych o mało nie doprowadza do apokalipsy i w końcu musi ponieść konsekwencje swoich czynów. Zostaje z powrotem wysłana na ziemię, zapomina o wszystkim co stało się od czas jej śmierci i żyje sobie spokojnie wraz z ukochanym Piotrusiem. 

Przedmiot analizy:
Katarzyna Berenika Miszczuk- "Ja, Anielica"

Zanalizowały:
Żabencja
Toldie




Rozdział  1
Zastukałam do drzwi. Pomalowana na biało sklejka zadrżała. Czekałam cierpliwie na zaproszenie, jednak nie dobiegł mnie żaden dźwięk. Zastukałam ponownie. Znowu cisza.
W końcu nie wytrzymałam. Załomotałam mocno, szarpnęłam klamką i wsunęłam głowę do pokoju.
Jak zrobić dobre wrażenie przy załatwianiu sprawy w urzędzie - część pierwsza.

- Można? - zapytałam i nie czekając na odpowiedź, bezczelnie weszłam do środka.
Dzień dobry, tak w ogóle. Każdy student wie, że gdy trzeba coś załatwić, trzeba się po prostu wbić i zobaczyć, czy w ogóle przyjmują. Nikt nie będzie się fatygował odwrzaskiwaniem, którego i tak nie będzie słychać przez drzwi.
Nie rozumiesz, my tu mówimy o Głównej Bohaterce przez duże G i B! Tu nie ma miejsca na nie odpowiadanie kiedy puka! 

Kobieta siedząca za prostym metalowym biurkiem 
Czułam coś w kościach już przy pierwszym zdaniu. Zajrzałam więc do "Ja, diablica" i jej pierwsze zdanie brzmi tak:
Stanęłam naprzeciwko prostego metalowego biurka.
...Hmm.
Po co ulepszać coś co jest już doskonałe? 
A teraz pytanie do publiczności- ile razy w urzędach, zamiast PRLowskich biurek ze sklejki, widzieliście metalowe wytwory made in Ikea?

zmierzyła mnie ponurym spojrzeniem. Siorbnęła kawę z kubka. Uchylone okno, za którym widać było tylko przeraźliwą biel, otworzyło się szerzej. Mroźny przeciąg uderzył mnie prosto w twarz. Poczułam w oczach łzy.
- Proszę ... - mruknęła posępnym głosem. Zabrzmiało to zupełnie tak, jakby wycedziła: „Skoro już pani musi...”.
Dziwisz się? Jakby mi ktoś do biura zaczął walić w drzwi a potem bez zaproszenia się do niego wbił to nie byłabym nawet w połowie tak uprzejma.

Dla pewności zerknęłam jeszcze raz w stronę  tabliczki na drzwiach. Nie pomyliłam się. „Informacja”. 
Trzeba było upewnić się wcześniej, zamiast walić w te drzwi. Ewentualnie sprawdzić, czy nie ma rozpiski co do godzin przyjmowania interesantów.
Ewentualnie przestać zachowywać się jak pępek świata i nauczyć się dobrych manier. One dotyczą wszystkich. 

Śmiało zamknęłam za sobą drzwi.
No nie wątpię, że śmiało, dziwie się, że nie trzasnęłaś nimi i nie splunęłaś do pobliskiej spluwaczki, bo akcja niewątpliwie dzieje się na Dzikim Zachodzie. 

Urzędniczka przyglądała się krytycznie moim wysokim obcasom i dopasowanemu bordowemu płaszczykowi. Sama miała na sobie dość niekształtny kostium w szarą  jodełkę. Zmarszczyła brwi, posyłając pełne zazdrości spojrzenie.
Wiesz, Wiki, to nie musi być koniecznie zazdrość. Z odrobiną twojej dobrej woli to spotkanie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.
Ale znowu, mamy tu do czynienia z GB będącą klasyczną Mary Sue, co oznacza, że w tej książce tylko ona może dobrze wyglądać i być ogólnie naj. Uwierzcie mi, jeszcze się o tym przekonacie. Jeżeli znajdziecie w tej książce jedną postać kobiecą, która jest ładna i ma według bohaterki znośny charakter stawiam piwo. 

Byłam ciepło ubrana, lecz mimo to zrobiło mi się  zimno. W pokoju panowała bardzo niska temperatura. Czy ona tego nie czuła? Zerknęłam na pomarszczoną  twarz. No tak... menopauza i uderzenia gorąca.
Gdybym była randomowym czytelnikiem, już odłożyłabym tę książkę. Komentowanie w myślach tego, że ktoś wygląda jak ziemniak lub że nosi klapki Kubota zdarza się chyba każdemu, przyznajmy. Ale na litość boską, powieść ma swoje prawa. Czytelnik powinien POLUBIĆ bohaterów, by w ogóle zechciał dalej czytać. A ja dostaję dziewczynkę, która przez pierwszą część non stop mendziła, że nie jest atrakcyjna, a teraz zwyczajnie szydzi z kogoś, kto w jej mniemaniu taki fantastyczny nie jest. 
Dokładnie o tym chciałam wspomnieć przy okazji czytania tego dzieua. Możemy nie zgadzać się z główną bohaterką książki w pewnych aspektach, ba, nie musi być ona nawet postacią pozytywną. Ale zawsze musi być w pewien sposób interesująca, tak aby czytelnikowi chciało się ją jeszcze bardziej poznać. Kiedy czytam o dziewczynie, która śmieje się z tego, że kobieta w informacji (która nic jej złego nie zrobiła, wręcz przeciwnie, w jakiś niewyjaśniony sposób jeszcze toleruje jej bezczelne zachowanie) może (!) przechodzić menopauzę, proces naturalny dla każdej kobiety w średnim wieku, robi mi się niedobrze, i jeżeli AŁtorka oczekuje, że będę czuła względem bohaterki jakąkolwiek empatię, to się grubo myli. 
Jeszcze jedno, jesteśmy na drugiej stronie książki. DRUGIEJ! Jeżeli osoba, która wzięła tę książkę do ręki w księgarni i to przeczytała, stwierdziła "O, to zapowiada się nieźle, ta bohaterka wygląda na ciekawą postać, chyba kupię tę książkę" to ja nie wiem, co jest nie tak z tym światem. 

Usiadłam na krześle, które okazało się piekielnie niewygodne.
Wracając do pierwszej strony Diablicy:
Lekko przesunęłam się na krześle, które okazało się piekielnie niewygodne.
Jeszcze raz, po co pisać po raz drugi scenę w książce, skoro można przekopiować i trochę pozmieniać tę z jej pierwszej części?

Uśmiechnęłam się  promiennie do urzędniczki. W końcu to nie jej wina, że miała taką  koszmarną pracę i garsonkę. 
Wiki, pani urzędniczka nie zjechała z taśmy produkcyjnej, nie tylko ty potrafisz się ubrać i szukać pracy.
Czy istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że urzędniczka jest ukrytą telepatką z zaburzeniami osobowości i zaraz sięgnie po maczetę ukrytą pod jej brzydką garsonką, żeby w końcu ukrócić nasze cierpienie?

Ściany w brudnym żółtawym kolorze na pewno nie koiły jej nerwów.
Dlatego nie kusiłabym losu i w końcu przeszła do sprawy, dla której tu przyszłam. 

 Tak samo jak tandetne akwarele i zasuszona paprotka na parapecie, już nawet niewołająca o podlanie, tylko o kosz na śmieci. Że już  nie wspomnę  o tych niewygodnych metalowych krzesłach...
Strona szósta:
[...] zaczęłam błądzić wzrokiem po białych ścianach, na których wisiały tandetne akwarele. W kącie pokoju stała zasuszona paprotka.
Co prawda mam kilka książek, które lubię czytać po kilka razy, ale jestem pewna, że (tu wpisz nazwisko autorki) nie jest ani Orsonem Scottem Cardem, ani J.K. Rowling. 

- Dzień  dobry - powiedziałam. - Mam pytanie...
- A co ja informacja jestem? - znowu siorbnęła łyk kawy. 
Yyy... A nie?

Odchrząknęłam, hamując się przed kąśliwą uwagą, i mimo wszystko zadałam jej pytania, które ułożyłam sobie wcześniej i zapisałam skrupulatnie na karteczce. Nie chciałam niczego zapomnieć, skoro już zebrałam się w sobie, żeby odwiedzić ten ponury urząd.
Kobieta patrzyła na mnie spod oka. 
Już się chciałam pośmiać, ale rzeczywiście istnieje taki związek frazeologiczny. 

Odstawiła kubek na poplamiony blat i zaczęła bawić się pieczątką. Kilka podań i dokumentów leżących przed nią miało na sobie ślad czerwonej pieczęci i zacieki z kawy.
Ałtorka chyba jest czytelniczką Pani Halinki. Mało miałam do czynienia ze skarbówką tak tete-a-tete (jeszcze), ale śmiem wątpić, że w tego typu urzędzie, jeszcze w stolicy, siedzi sobie jak basza taka pańcia, która upieprza dokumenty kawą i nikt nie wyciąga z tego konsekwencji. You may say I'm a dreamer, ale nawet w sekretariacie w swoim instytucie mogłam się czegoś dowiedzieć, chociaż kiedyś zza drzwi słyszałam zaśpiew "Dziś piątek, nie przychodzą studenci, nie muszę się z nikim użerać, tralala".

Zamiast odpowiedzieć na którekolwiek z moich pytań, urzędniczka sięgnęła do szuflady i podała mi małą książeczkę.
- Tu ma pani wszystkie potrzebne informacje, jak wypełnić każde pole formularza - skwitowała moje słowa. - A teraz przepraszam, ale mam przerwę obiadową. Do widzenia pani.
Zaskoczona, parę razy otworzyłam i zamknęłam usta. Nie wiedziałam, jak mam zareagować na tak bezczelną odprawę. Za kogo ona się uważała?
Bez słowa ścisnęłam w dłoni książeczkę  i wyszłam. Nie omieszkałam  przy tym trzasnąć  drzwiami. Usłyszałam brzdęk doniczki. Przeciąg chyba  otworzył  szerzej okno i paprotka spadła. A to pech...
Kilka pytań:
1. Czy ktokolwiek czytający to powiedział: o, ta urzędniczka rzeczywiście jest tak niemiła. Przecież Wiktoria przyszła tu tylko po pomoc, uprzejmie zadała przygotowane pytania, a ta kobieta zachowała się wobec niej tak nieprzyjemnie?
2. Czy ktokolwiek na tym etapie czytania książki (biorąc pod uwagę, że bywają osoby, które zaczynają niekiedy lekturę od drugiej części) poczuł sympatię do głównej bohaterki?
3. W jaki sposób trzaskanie drzwiami, walenie w nie i wchodzenie do biura bez zaproszenia (kiedy jak się okazało urzędniczka ma przerwę, która prawnie jej się należy) nie jest bezczelne, a wręczenie jej przez kobietę broszurki (nazywanej tu małą książeczką, więc pewnie ma te swoje kilka dobrych stron), która odpowiada a jej pytania jest nieuprzejme?

Podaną  mi broszurkę wyrzuciłam do kosza. Już taką miałam. Była z tego samego gatunku poradników co rozmaite instrukcje obsługi sprzętu elektronicznego. Normalny człowiek ich nie zrozumie nawet ze słownikiem poprawnej polszczyzny.
Kiedy masz problem ze swoim ojczystym językiem, to nawet pani z urzędu ci nie pomoże. 

 Do tego typu instrukcji potrzebny był raczej wysoki, chudy facet z rzadkim zarostem i denkami od butelek zamiast okularów. Informatyk.
Nie lubię stereotypów, szczególnie tych banalnych do bólu. Tak się składa, że znam paru informatyków i żaden z nich nie jest chudym facetem z rzadkim zarostem i poważną wadą wzroku. 
To nawet nie jest stereotyp, to opinia z dupy wzięta. Jak myślę "informatyk", mam przed oczami młodego faceta, który wygląda całkiem nowocześnie. Jeden, którego znałam, był taki nowoczesny, że zrobił dzieci dwóm uczennicom.

Opatuliłam się  szczelniej płaszczem, kierując się  do wyjścia z budynku.  Na zewnątrz zerknęłam jeszcze raz na drzwi.
Ciemnogranatowy napis „Urząd Skarbowy” przykryty był  do połowy czapą śniegu.
Nigdy wcześniej nie byłam w tym miejscu, ale po tej wizycie już go nie lubiłam. Tak jak podejrzewałam, wypełnienie PIT-u okazało się  wyczynem  ponad moje siły.
Największa tragedia świata- wypełnienie PITu. Czynność, którą można bez problemu wykonać, bez większej pomocy specjalistów od mechaniki kwantowej. Nie musisz mieć IQ ponad 160 żeby to zrobić, bo PIT wypełnia KAŻDY, który gdzieś pracuje. Poważnie. Jeżeli nawet broszurka informacyjna nie jest w stanie Ci pomóc, to wydaje mi się, że problem nie leży w Urzędzie Skarbowym.
Ja się z kolei dziwię, że w ogóle miała pomysł tam się wybrać, skoro już miała jakiś z tym problem. Teraz taką instrukcję krok po kroku można znaleźć bez problemu w internecie, a jak chce się być tradycjonalistą, można się kogoś zapytać.

Śnieg sypnął  mi prosto w oczy. Kolejna anomalia pogodowa w tym roku. Najpierw gorąca jesień, a teraz mroźna wiosna. Zimny wiatr od razu odnalazł wszystkie szpary w moim ubraniu. Zadrżałam.
Skierowałam się w stronę parkingu do mojego kochanego autka.
Marzyłam o tym, żeby usiąść  w jego ciepłym wnętrzu i podkręcić ogrzewanie. Miałam jeszcze do załatwienia kilka ważnych spraw na mieście.
Gdzie ja postawiłam samochód? Zatrzymałam się zbita z tropu. Wszystkie były przykryte białymi kołderkami i wyglądały identycznie.
A tak, już  wiem. W szóstym rzędzie na miejscu parkingowym numer sześć.
Potem pomyślałam, że wczoraj zjadłam aż sześć ciastek, zrobiło się z tego 666, na parkingu z ognistego pentagramu niespodziewanie wyłonił się Dave Grohl szatan.

Wsiadłam do mojej srebrnej, poobijanej corsy, którą dostałam od brata chyba półtora roku wcześniej. On kupił sobie dżipa. Też mogłabym mieć dżipa. 
O Boru Szumiący, dlaczego mnie tak karzesz. Przyznaję się, jestem motoryzacyjnym zboczeńcem. Może nie potrafiłabym rozkręcić silnika, ale od dziesiątego roku życia czytuję Auto Świat. Dlatego kiedy ktoś używa słowa Dżip mam ochotę odnaleźć Christine z powieści Kinga i staranować delikwenta. Poważnie. Po pierwsze Jeep. Nazwa własna, trade mark i tak dalej. To po pierwsze. Nie wiadomo jednak czy bohaterka mówi tu o konkretnej marce, czy o SAMOCHODZIE TERENOWYM, o którym każda osoba, która nie rozpoznaje siedmiu żeber na atrapie chłodnicy, mówi jako o ( o mój Boru) dżipie. Konkludując, zanim się rozpiszę. Nie ma czegoś takiego jak dżip. Jest Jeep i jest to konkretna marka. O innych samochodach, o podwyższonym zawieszeniu i często napędzie na cztery koła mówimy SAMOCHÓD TERENOWY lub jeżeli jest to samochód z przeznaczeniem miejskim i lekko terenowym SUV. Dziękuję. 

Najlepiej takiego ze stalowymi ramami dookoła.
Skarbie, ramy to ty możesz mieć przy obrazie. To o czym mówisz to stalowe orurowanie. 

Dla  zobrazowania sytuacji kilka screen shotów z googla:
Hasło "ramy samochód":

Oraz "Orurowanie samochodu"


Nie chodzi mi o to, aby Pisak została specjalistką do spraw ingerencji w strukturę zewnętrzną samochodu, ale sprawdzenie czegoś takiego w internecie zajmuje mniej niż pięć minut. 


 Wtedy mogłabym spokojnie taranować inne pojazdy i nie miałabym rys na karoserii.
Tak właśnie. Mogłabyś nim też wjechać w betonową ścianę. Spróbuj od razu, zobaczysz, że nic ci nie będzie. Tylko rozpędź się przynajmniej do osiemdziesiątki i pamiętaj, nie musisz zapinać pasów. Twoja głupota jest tak kolosalna, że na pewno cię ochroni. 
Ty może nie, ale inni uczestnicy ruchu drogowego, których chcesz tak zawzięcie taranować, mieliby na karoserii coś więcej niż rysy.
Poważnie, czuję się jakbym miała zespół Aspergera. Po prostu NIE WIEM, czy ona tak na serio, czy się zbija.

Miałam nadzieję, że dżip szybko mu się znudzi i mi go odda.
Albo możesz przestać być darmozjadem liczącym na prezenty, znajdziesz sobie jakąś pracę i zaczniesz zarabiać na swoje zachcianki. 
I to jest bardzo dobra kwestia. Skoro marudzi na PITa, musi gdzieś pracować, ale dlaczego my nic na ten temat nie wiemy?
To ważna kwestia. Jestem z czytaniem mniej więcej w połowie książki i do tego momentu nie pojawiła się ani jedna wzmianka, jakoby bohaterka gdzieś pracowała. 

Jego drugą własną inwestycją było mieszkanie, które zajmował teraz ze swoją  narzeczoną Natalią. Nie mogłam doczekać się ich ślubu. Chciałam, żeby Marek był szczęśliwy. Uśmiechnęłam się  do odbicia w lusterku. Ja byłam szczęśliwa. Miałam wspaniałego chłopaka - Piotrusia.
Już chciałam powiedzieć, że przestała nawijać o sobie. Widocznie trzy zdania proste pod rząd to wszystko na co ją stać, jeżeli chodzi o empatię. 
Może się czepiam, ale czy tylko mnie "wspaniały chłopak Piotruś" pasuje na tytuł książeczki dla dzieci?
To chyba znak, że trzeba odpalić występujący w analizie Diablicy Piotrusiomierz.
Piotrusiomierz: 1
Spoiler Alert! Sprawdziłam ile razy Pisak używa w tej książce słów PIotr, Piotruś, Piotrek i wszystkich ich odmian. Bardzo proszę... jest ich dokładnie 573. Słownie pięćset siedemdziesiąt trzy razy Pisak nadużywa tego imienia, a przez jedną trzecią książki facet nawet się nie pojawia. Warto też zaznaczyć, że to dzieuo ma 384 strony.  

Szarpnęłam za drążek skrzyni biegów i patrząc do tyłu, wcisnęłam pedał gazu. Obok samochodu przeszedł jakiś ubrany na czarno mężczyzna, z kapturem nasuniętym na twarz. Pochylił mocno głowę, żeby śnieg nie leciał  mu prosto w oczy. Jeszcze raz przemknęło mi przez myśl, że bardzo cieszę się, że siedzę już w ciepłym aucie.
Silnik zawył, a corsa oczywiście, zamiast do tyłu, pojechała do przodu. Wdusiłam hamulec i zagryzłam wargę  w oczekiwaniu na huk, gdy zderzak spotka się z metalowym słupkiem.
Nie kupuj "Dżipa" (brrr), kup czołg, albo lepiej taką wielką plastikową kulkę w jakiej wyprowadza się świnki morskie. Ludzi nie skrzywdzisz a i może sobie nic nie zrobisz. Pytanie kto dał jej prawo jazdy pozostaje otwarte.  

Szlag by to trafił !!! Znowu się  pomyliłam! Nie ogarniałam skrzyni biegów... 
Pozostawiam bez komentarza. 


A gubiłam się już zupełnie na skrzyżowaniach, gdy trzeba  jednocześnie zwolnić, zmienić   bieg, wcisnąć kierunkowskaz, skręcać kierownicą  i patrzeć, czy nikt nie jedzie prosto na mnie.
Po prostu za dużo czynności naraz.
Ponownie proponuje zakupienie czegoś co nie będzie od ciebie wymagać tak dużych umiejętności. Może czas zastanowić się nad kartą miejską?

Ku mojemu zaskoczeniu nie usłyszałam dźwięku gniecionego metalu. Wysiadłam z samochodu i pochyliłam się  przed maską. Metalowy słupek był wygięty poziomo w taki sposób, że nie było możliwości, żeby dotknął mojego samochodu. Kąt zgięcia pozwoliłby mi spokojnie nad nim przejechać.
Podniosłam się  zdziwiona. Przysięgłabym,  że jeszcze przed chwilą słupek stał prosto tuż przed moim autem.
Przesunęłam dłonią  po zderzaku. Żadnego wgniecenia czy rysy.
Kopnęłam czubkiem buta wygięty słupek. Ani drgnął, za to ja poczułam boleśnie duży palec u stopy.
Dziwne...
Co był dziwne? To, że miała boleśnie duży palec u stopy, czy to, że boli ją ten palec po kopaniu w słupek?

<ciach>
Bohaterce jakoś udaje się wyjechać z parkingu i pokonuje kilkaset metrów zanim traci kontrolę nad samochodem i o mało nie wjeżdża w przechodnia. Na szczęście samochód zyskuje swoją własną inteligencję (widocznie nadrabia za kierowcę) i samoistnie wykonuje test łosia. Magia. 
W końcu Wikta dochodzi do tego samego wniosku co ja, czyli, że jest kierowcą do dupy i postanawia dobrodusznie przesiąść się do tramwaju. 

* * * *
Przygaszone  światła nie rozświetlały mroku panującego we wnętrzu jednego z warszawskich klubów. 
Tak sobie tylko stały w kącie i udawały, że coś robią. Ludzie obijali się o siebie szukając swojego stolika, co bardziej inteligentni wzięli ze sobą latarki. 

Czekaliśmy cierpliwie, aż na scenę wejdzie nowy zespół założony przez kilku studentów.
Naprzeciwko mnie przy stoliku siedziała koleżanka z roku, Monika. Odgarnęła długie blond włosy i zalotnie zerknęła na Maćka, współlokatora mojego chłopaka. Piotr siedział obok, trzymając mnie pod stolikiem za rękę. Mocniej ścisnęłam jego palce. Uśmiechnął się ciepło. Monika spojrzała na mnie i na Piotrka i wydęła usta.
Muszę zwrócić na to uwagę: co się stało, że Piotruś nagle stał się Piotrkiem lub, o zgrozo, Piotrem?
Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, że wydymająca usta, blond włosa Monika stanie się nemesis głównej bohaterki?

 - Ile wy ze sobą już jesteście? Ze cztery miesiące? - zapytała i nie czekając na naszą  odpowiedź, skomentowała złośliwie: - Strasznie długo. Chyba już zdążyliście się sobą znudzić.
Bo pierwsza zasada kiepskich książek brzmi: jedynie główna bohaterka może mieć jakiekolwiek pozytywne cechy. Najlepiej wszystkie. 

Nie cierpiałam jej. Wydawało mi się, że ta dziewczyna wszystko robi na pokaz. Poza tym była zdecydowanie zbyt ładna. 
Tylko Bohaterka może być ładna! Jak śmiesz! Wokół Wiktorii mogą kręcić się jedynie osoby o pospolitej urodzie. Ale nie za bardzo pospolitej, bo z pospólstwem to ona się nie zadaje. 

Dobrze o tym wiedziała i z premedytacją wykorzystywała swoje wdzięki. Stanowiła potencjalne niebezpieczeństwo dla wszystkich zakochanych dziewczyn. I miała paskudny charakter.
To a propos komentarza o ładnej postaci kobiecej z miłym, ciekawie skonstruowanym charakterem.
P.S. Jeżeli jesteś w związku z kimś, kogo uważasz za mądrego człowieka, a taką panienkę nazywasz zagrożeniem dla siebie, to albo masz problem z samooceną, albo w głębi duszy wiesz, że pod tym stołem kuśka twojego partnera furkocze jak ruski wentylator.

Dzisiaj musiałam ją znosić, bo wprosiła się  na nasze wspólne wyjście. Usłyszała, gdzie się wybieramy, i nie udało nam się  jej pozbyć.
Bo powiedzenie, że chcemy iść sami było ponad nasze siły. Poza tym Imperatyw nakazał nam nie przeciwstawiać się jej decyzji, bo może to pchnąć akcję do przodu. 

Na scenę  zaczęli wchodzić członkowie zespołu.
- Wokalista ma świetny głos - powiedział  podekscytowany Maciek, przyjaciel mojego Piotrka.
Po sali niósł się lekko schrypnięty głos. Albo wokal, by powtórzenia nie było. Dyskutowałabym na temat jego „świetności”.
Dyskutowałabyś nawet na temat jego głosu nawet jeżeli byłby to Freddie Mercury. Bo twoje zdanie jest najtwojsze. 

- Skoczę po piwo - powiedział  w którymś  momencie Piotr. - Ktoś chce?
Jasne, "skoczę po piwo". Ja bym też nie wyrobiła gdybym musiała jej cały czas słuchać. 

Maciek ochoczo pomachał.
- Ja poproszę z sokiem imbirowym - wtrąciła się Monika.
Wtrąciła się? W takim świecie odpowiedź na pytanie zadane do wszystkich jest wtrąceniem. 

 Piotrek ruszył w stronę oblepionego ludźmi baru. Długo poczeka, zanim go obsłużą.
W pewnej chwili Monika wzięła do ręki swoją torebkę i oznajmiła:
- Idę do łazienki.
Odetchnęliśmy z ulgą. Od ponad dziesięciu minut rozprawiała o tym, który tusz do rzęs jest lepszy, czym skutecznie zagłuszała muzykę.
Czy Ałtorka wymyślając postacie, ciosa je w sobie tylko znany sposób mentalnym otoczakiem?
Obawiam się, że otoczak byłby delikatniejszy. Ja osobiście stawiam na koparkę. 

Piotra wciąż nie było. Wychyliłam się ze swojego miejsca, usiłując dojrzeć go w tłumie bawiących się ludzi.
Wciąż nie było. Ile w takim razie minęło czasu? Przecież dwa zdania wcześniej bohaterka stwierdziła, że jest duża kolejka do baru, i że Piotrkowi trochę zajmie kupienie piwa. Ja wiem, że Piotr i Wikta są w związku, co oznacza, że nie mogą oddalić się od siebie na dłużej niż pięć minut, ale dajcie spokój. 

- Zaraz wrócę  - powiedziałam do Maćka, który siedział wpatrzony w nowy zespół jak w obrazek. Pewnie nawet mnie nie usłyszał.
Mam nadzieje, bo byłabyś już drugą osobą, która przeszkadzałaby mu w słuchaniu muzyki, a ostatnią była Koszmarna Suka Psująca Wszystkim Zabawę- Monika. 

Skierowałam się w stronę baru. Minęłam drzwi do damskiej toalety. Ku mojemu zdziwieniu wyszedł z niej jakiś mężczyzna i szybko minął mnie z pochyloną głową, tak, bym nie dostrzegła jego twarzy. Pewnie wstydził się, że pomylił łazienki.
Tak, bo facet wychodzący z damskiej toalety w środku zabawy w klubie studenckim to najdziwniejsza rzecz na świecie i nigdy się nie wydarzyła, aż do tej pory. 

W drzwiach pojawiła się Monika.
- Z damskiej wyszedł  właśnie jakiś facet. Widziałaś ? - zapytałam.
- Nie... - odparła z nieobecnym wyrazem twarzy i ruszyła w stronę stolika.
Wzruszyłam ramionami. Nie obchodziły mnie jej dziwactwa.
Nic nie chcę mówić, ale to właśnie ty zagadałaś ją o faceta wychodzącego z kibla, także wyluzuj.

 Zwłaszcza że wreszcie zauważyłam Piotrka. Lawirował między tańczącymi ludźmi z  trzema kuflami piwa. Tylko patrzeć, aż ktoś wytrąci mu je z rąk.
Zaraz.
Jeżeli Ałtorka chce nam dać do zrozumienia, że w tej łazience właśnie miał miejsce stosunek lub inny czyn lubieżny między rzeczonymi Piotrem i Moniką:
  • jakim cudem Wiktoria nie rozpoznała swojego chłopaka choćby po ubraniu i sylwetce;
  • nawet jeśli było to tylko jakieś miziu-miziu, minęła chwila, zanim Wiki wstała od stołu, więc kiedy on zdążył kupić to piwo;
  • zwłaszcza, że była taka kolejka do baru.

Kiedy koncert się skończył i zaczęli puszczać jakieś techno -  zdecydowaliśmy, że wracamy do domu. Nie opłacało się  tam siedzieć i pić drogie piwo. Poza tym atmosfera przy czym stoliku zrobiła się markotna. Piotrek jakoś zamilkł, zapatrzony bezmyślnie na scenę, Maciek siorbał piwo. Nawet Monika siedziała cicho.
Ktoś jeszcze wątpi, gdzie ma źródło ta atmosfera?

Zebraliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w stronę pobliskiej stacji metra. Po drodze w naszą  towarzyszkę jakby wstąpił nowy duch. Przysunęła się do Maćka i zaczęła się zachwycać nowym wagonem, którym jechaliśmy.
Tabor warszawskiego metra obecnie dysponuje trzema/czterema typami wagonów: seria 81 (zakupiono 5 typów w latach 1990-2008), wagony z tejże serii po modernizacji w latach 2005-2007, wagony francuskiego Alstom, (typ Metropolis, wyprodukowane na licencji w Chorzowie w latach 2001-2005) i wagony Siemens, których pierwszy skład dotarł do Warszawy w kwietniu tego roku.
Ja, Anielica została wydana w 2011 roku. Który typ wagonu ma na myśli Monika? 

Mój ukochany miał lekko nieobecny wzrok. Ścisnęłam go za rękę.
- Coś się stało? - zapytałam, gdy byliśmy już niedaleko mojego bloku.
- Nie, po prostu trochę  boli mnie głowa - uśmiechnął  się. - Wrócę do domu i od razu położę się spać.
Nagle tuż przed moim nosem na ziemię spadło długie czarne pióro. Spojrzeliśmy szybko do góry, ale nad naszymi głowami nie leciał żaden ptak. Wzruszyłam ramionami.
- Długie - stwierdził lakonicznie Piotrek. Odprowadził mnie pod same drzwi i poczekał, aż  je otworzę.
Wiecie co? Poczułam się jakoś dziwnie zaniepokojona tym jego komentarzem i nie wiem dlaczego.


<ciach>
Bohaterka marszczy brwi, Piotrka boli głowa a na oknie leży pióro. Razem dziesięć linijek tekstu. 

Rozdział  2
Kilka dni później siedziałam na wyjątkowo nudnych zajęciach. 
To już drugi tom, a ja dalej nie mam pojęcia, co studiuje Wiktoria. O miejscu pracy nie wspominając.

Na uczelnię jechałam tramwajem. W dniu, kiedy wpadłam w poślizg, obiecałam sobie, że samochodem zacznę ponownie jeździć dopiero wtedy, gdy śnieg stopnieje.
Bardzo mądrze, najlepiej w ogóle nie trenuj jazdy samochodem. Poważnie, jestem za tym, aby przyszli kierowcy zdawali egzaminy również na śniegu, bo człowieka szlag trafia jak musi znosić ludzi, którzy panikują jak tylko zaczyna padać.

 Nie miałam zamiaru więcej ryzykować.
Udając, że słucham uważnie, co mówi wykładowca, studiowałam instrukcję wypełniania PIT-u.
Prowadząca seminarium przerzuciła prezentację na ostatni slajd. Zobaczyliśmy na nim ulubiony napis studentów: „Koniec. Dziękuję za uwagę”.
Ja wiem, że jestem dziwna, ale wydaje mi się, że studenci czasami nawet są zainteresowani swoimi studiami i przychodzą na wykłady nie tylko, żeby je odbębnić. Ale tak jak powiedziałam, jestem dziwna. 

Spojrzałam na zegarek. Kolejny wykład zaczynał się za pół godziny. Nie chciało mi się  iść. Nie powinnam zbyt wiele stracić. Piotruś wrócił ze swoich zajęć kilka godzin wcześniej. Postanowiłam pojechać do niego.
- Wiki, idziesz na wykład? - zapytała Zuza, moja najlepsza przyjaciółka.
- Nie, jadę do Piotrka - odparłam.
- Boże, jesteś  w niego zapatrzona jak w jakieś bóstwo - skomentowała, przewracając oczami.
Jezu, ona tylko powiedziała, że idzie odwiedzić swojego chłopaka. Jak powiem, że nie chce mi się iść na wykład i idę w związku z tym  na piwo z koleżanką, zostanę gremialnie okrzyknięta lesbijką?

Nie zaprzeczyłam i nie obraziłam się. Taka była prawda, Zuza tylko stwierdziła fakt. Fakt, z którym już dawno się pogodziłam.
Pomimo śniegu i pluchy szłam z uśmiechem na ustach. Miałam dzisiaj na nosie bardzo różowe, cukierkowe okulary. I nie chciałam ich zdejmować. Miłość jest dziwna. Ma w sobie coś z narkotycznego uzależnienia.
Kiedy przeczytałam to po raz pierwszy, przez chwilę sądziłam, że ona na serio ma okulary na nosie. Pozwolę też sobie pozrzędzić: zakochanie to wspaniały stan, ale początkowo z miłością ma niewiele wspólnego. Za to niezbyt odkrywcze "narkotyczne uzależnienie" odpowiada u ciebie dopamina, oksytocyna i testosteron; faktycznie obiekt uczuć jest traktowany przez mózg jako niemalże używka. Miłość dojrzała i tworzone dzięki niej związki też w sumie opierają się na hormonach (np. oksytocyna odpowiadająca za przywiązanie wytwarza się w organizmie kobiety, gdy przeżywa orgazm, karmi piersią i gdy jest wdzięczna, że jej facet wyniósł w końcu te jebane śmieci), ale ta fala uderzeniowa z pierwszych miesięcy w końcu musi osłabnąć. Prędzej czy później nagle dostrzeżesz, że Piotruś ma włosy na plecach i jakoś tak głupio piszczy, gdy się śmieje.

Zerknęłam na zegarek. O tej godzinie nie powinno być jeszcze współlokatora Piotrka. Będziemy sami. Doskonale!
Jak nigdy, komunikacja miejska stanęła na wysokości zadania i gdy tylko doszłam na przystanek, nadjechał mój autobus. Zadowolona rozsiadłam się na wolnym siedzeniu i oparłam stopy na grzejniku. W starym ikarusie szyby klekotały przy każdym zakręcie, a zawieszenie skrzypiało, gdy koła wpadały w koleiny.
To wcale nie jest w Warszawie takie nieprawdopodobne, ale a) czasami zdarzają się w naszym mieście drogi bez kolein b) obecnie o wiele łatwiej natrafić na Solarisa albo nowego Jelcza niż na starego Ikarusa (chociaż ZTM często wstawia ikarusy na kursy koło południa, ale jak się okaże za chwilę, mamy godziny szczytu).

Wysiadłam na przystanku przy ulicy Targowej, na wysokości bazaru Różyckiego. 
Niezwykle ważny dla fabuły fragment, musicie go koniecznie zapamiętać inaczej z reszty książki nic, a nic nie zapamiętacie. 

Kiedyś  było to jedyne takie miejsce w Warszawie. 
Byłoby trochę głupio, gdyby w Warszawie było kilka bazarów Różyckiego. Trudniej byłoby się dogadać na spotkanie w sprawie sprzedania działki kokainy. Ekhem, poza tym w Warszawie istniało i istnieje więcej niż jeden bazar tego typu. 

Za komuny można było tu dostać niemal wszystko. A teraz?
Oj tak, narzekaj jak to lepiej ci było za komuny, narzekaj...

 Kilkanaście szkaradnych bud z sukniami ślubnymi i butami. To zdecydowanie nie były najlepsze czasy dla bazaru Różyckiego.
Począwszy od lat 90-tych, gdzie zagraniczne towary z początkiem zgniłego kapitalizmu znalazły się na wyciągnięcie ręki, tak się stać musiało, trudno i darmo. Inna sprawa, że to kolejny przykład, jaka z Wiki zrzęda. Pani w informacji ma menopauzę i krzywo na mnie patrzy, bo jestem ładna, wykład jest nudny, Monika to tępa dzida, zima znowu zaskoczyła drogowców, nie umiem wypełnić PITu, chcę "dżipa" by taranować ludzi, głos wokalisty jest do bani, ikarus trzeszczy, drogi są nierówne, nawet Bazar Różyckiego jest ćfe. Co z perspektywy tej dziewczyny jest choć trochę pozytywne i jednocześnie nie jest jej chłopakiem?

Spojrzałam na zegarek. Była szesnasta sześć.
I dwie sekundy. Czy wszyscy na wszelki wypadek zsynchronizowali zegarki, żeby nie było nieporozumień co do kwestii pory dnia?

 Schowałam się  w bramie, szukając ochrony przed  śniegiem. Mokre włosy przyklejały się do policzków. Obok mnie, w czarnym płaszczu, niedbale rozpiętym pod szyją, stał przystojny chłopak. 
Chyba dostałam odpowiedź, jeśli chodzi o to coś pozytywnego...

Szeroki kaptur opadał  płasko na jego plecy. Płatki śniegu osiadały mu na włosach i długich czarnych rzęsach.
Widziałam już kaptury z kocimi uszami, ale jeszcze nigdy takie, które miałyby włosy i rzęsy. 

Od jakiegoś czasu dość często spotykałam go na Pradze lub w centrum. Było to dość  niezwykłe, jeśli wziąć pod uwagę liczbę ludzi mieszkających w tym mieście.
To poczuj ten klimat, skoro przez pół roku codziennie jadąc rano autobusem widziałam tę samą babkę, a potem się dowiedziałam, że to znajoma mojej matki, bo mój brat i syn pierwszej razem chodzili do klasy.

Przyglądałam mu się dyskretnie. 
Znając główną bohaterkę równie dobrze mogło to wyglądać tak:



Tym razem nie ułożył czarnych włosów w sztywnego irokeza.
Ojej, jako osoba, która czytała poprzednią część w żaden sposób nie mogę wiedzieć kto to jest. Na pewno przecież nie mógłby być to PRZYSTOJNY DIABEŁ BELETH. 

 Opadały mu na niesamowite złote oczy.
W sensie inkrustowane?

Musiał nosić szkła kontaktowe. Nigdy nie widziałam nikogo o takiej barwie tęczówek. Nienaturalnej, ale... muszę powiedzieć, że bardzo ładnej.
- No co ty nie powiesz - powiedziała Bella Swan.

Nie miał  szalika, spod płaszcza wystawała tylko czarna koszula. Jedynie kaptur mógł chronić go przed śniegiem i wiatrem, ale nonszalancko zdjął go z głowy.
Pamiętajcie: TYLKO KAPTUR MOŻE WAS OCHRONIĆ PRZED SZKODLIWYMI POCZYNANIAMI WROGA LUDU- ZIMY!

Uśmiechnął się do mnie lekko. Odwzajemniłam uśmiech.
Kilka razy nawet rozmawialiśmy. Raz zapytał, która godzina, innym razem poprosił o pokazanie mu na planie miasta, jak ma dojechać na plac Zbawiciela. Ciekawe, czy mnie pamiętał.
Jeszcze raz na niego zerknęłam. Przyglądał mi się. Gdy zobaczył mój wzrok, szybko odwrócił głowę.
Poza mną czujnie obserwowało go jeszcze kilka kobiet. Były w różnym wieku. No cóż... Było na co popatrzeć.
Tak, bo każda kobieta w Warszawie jak tylko zobaczy przystojnego faceta na przystanku traci panowanie nad swoimi odruchami. Nieważne, piętnaście czy pięćdziesiąt lat, żonata, singielka czy trzykrotna wdowa.  

Cofnęłam się jeszcze o krok w bramę, by  śnieg na mnie nie padał. Przystojniak podszedł  do mnie.
- Paskudna pogoda, prawda? - zagadnął.
- Tak - uśmiechnęłam się.
- Ale zaraz przestanie padać  - zapewnił  mnie. Spojrzałam na niebo i czarne chmury. 
To chmury śniegowe z Mordoru czy co?

Nie zanosiło się, żeby jego słowa szybko się urzeczywistniły.
- Wątpię  - stwierdziłam.
Aby być uprzejmą i jakoś podtrzymać tę rozmowę. 

W tej chwili śnieg przestał padać. Spojrzałam zdziwiona na chłopaka. Na jego ustach błąkał  się tajemniczy uśmiech. 
Uśmiech już od trzech godzin nie mógł trafić. Wydawało mu się, że jednak za nosem powinien skręcić w lewo, a nie w prawo. 

Nie patrzył w chmury. Wpatrywał się we mnie. Jego niespotykane złote oczy zabłysły, jak gdyby zapłonął w nich ogień. Przewiercały mnie na wylot.
Poczułam się  nieswojo.
- A nie mówiłem? - zapytał.
- Ty masz chyba chody tam na górze - zaśmiałam się. Uśmiech na jego ustach odrobinę  przygasł.
- Raczej tam na dole... - mruknął.
- Słucham? - nie usłyszałam, co powiedział, bo właśnie przejechała z hałasem obok nas pomarańczowa ciężarówka.
Chyba usłyszała, skoro jednak wymruczał to w dialogu...

- Nic, nic - znowu się  uśmiechnął  i przysunął  bliżej. - Jestem Beleth, a ty?
- Wiki - odpowiedziałam. - Beleth? Bardzo egzotyczne imię.
Rodziców nie wybierasz, w sumie to i tak lepsze niż Dziewogrzmot. 


- Nie pochodzę  stąd - wyznał.
Wyjrzałam na ulicę, ale nie było widać  mojego autobusu. A wcześniej tak ładnie wszystkie podjeżdżały!
- A skąd? - zapytałam. - Nie masz obcego akcentu.
- Jestem w Polsce już pewien czas - odparł.
Przeczyła temu opalona oliwkowa skóra. Wyglądał, jakby przed chwilą wstał z leżaka nad brzegiem ciepłego morza i dla niepoznaki narzucił na siebie płaszcz. 
Kilka wizyt w solarium i każdy może wyglądać jak Banderas na Ibizie.

Wydawało mi się nawet, że delikatnie pachniał solą. Zapachem bryzy.
Może był w trakcie polowania na demony? Sprawdź czy czuć od niego też palone kości. 
- Nowe Gucci - rzekł zadowolony z siebie, jakby czytał w jej myślach. 
Swoją drogą, Wiki musi mieć węch jak co najmniej bloodhound, skoro w czasie śnieżnej zadymki czuje bryzę od gościa w płaszczu stojącego w praskiej bramie (nie ukrywajmy, tego typu miejsca często mają swoją własną, bogatą woń).

Co on robił na Pradze...?
- A ogólnie pochodzę... z Południa - odparł  z wahaniem.
- Hiszpania? - zapytałam.
Nie kurna, Praga Południe.

Zawstydziłam się  własną  ciekawością. Po co go wypytywałam?
Jeszcze raz dokładnie mu się  przyjrzałam. Coś  w nim było. Coś znajomego. Nie potrafiłam tego nazwać. Usilnie szukałam jakiegoś  skojarzenia, wspomnienia.
No wiesz, jeszcze chwilę temu mówiłaś, że widziałaś już go kilkukrotnie, a nawet z nim rozmawiałaś, także niewykluczone, że skądś go możesz kojarzyć. 

- Raczej jeszcze bardziej na południe... - uśmiechnął się tajemniczo.
- Brazylia? Chile? Tunezja? A może taki to z ciebie nielegalny meksykański imigrant?

- Raczej?
Robił  wrażenie, jakby sam nie był tego pewien. Wydawało mi się, że skądś go znam.
Chłopak uśmiechnął się wesoło, zupełnie jakby usłyszał moje myśli.
Zapadłabym się  chyba pod ziemię, gdyby był świadom moich zachwytów nad tym, jaki jest przystojny.
Eee... Ja rozumiem, wrażenia estetyczne i w ogóle, ale ktoś tu niedawno był śmiertelnie zakochany w Piotrusiu. Kiedy ja jestem w kimś zakochana, każdy inny mężczyzna wydaje mi się tylko trochę bardziej pociągający od kawałka drewna.

Na jego twarzy zagościł  jeszcze szerszy uśmiech.
W tej chwili na przystanek podjechał autobus. Wysypał się tłum ludzi.
- To mój - powiedziałam. - Miło było mi cię poznać.
Podbiegłam w stronę autobusu.
- Poczekaj! - złapał  mnie przy drzwiach. - Proszę, to dla ciebie. Z mojego rodzinnego kraju.
W tej chwili drzwi się zamknęły i rozdzieliła nas brudna szyba. Beleth uśmiechnął się zawadiacko i pomachał mi na pożegnanie.
Usiadłam na wolnym miejscu i spojrzałam na swoją dłoń. „Z mojego rodzinnego kraju”. Na mojej dłoni leżało...
...małe zielone jabłuszko.
I tym oto niespodziewanym zwrotem akcji, który z pewnością nie wróży nic złego, kończymy na dzisiaj. Do zobaczenia za tydzień!

8 komentarzy:

  1. Poziom napięcia w tej książce - biorąc pod uwagę, że wszyscy po 1. części wiedzą, kim jest Beleth i w ogóle wiedzą dużo więcej niż bohaterka, którą musimy tu obserwować, jak się miota i nie może ogarnąć rzeczywistości i zapewne na przestrzeni 100 stron będzie w stanie dojść do wniosków, które my, czytelnicy, wyciągnęliśmy już przed otwarciem książki - no więc poziom napięcia w tej książce ZABIJA.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mówienie o dorosłym facecie non stop ,,Piotruś" wygląda na jakieś dziwne zaburzenie.
    Poza tym cudowna analiza i czekam na więcej :3

    Natanee

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam wasze analizy. Nie wiem czy wiecie, ale podobno w planach jest wersja filmowa wszystkich trzech tomów. Cieszycie się? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Polecam na później: http://truth-can-be-cruel.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja nie jestem w stanie zrozumieć, choć przysięgam - staram się jak mogę, jakim cudem ktoś wydaje takie książki, a potem ktoś inny czyta je z zachwytem (a o tym świadczą recenzje)...

    OdpowiedzUsuń
  6. "Co prawda mam kilka książek, które lubię czytać po kilka razy, ale jestem pewna, że (tu wpisz nazwisko autorki) nie jest ani Orsonem Scottem Cardem, ani J.K. Rowling." - Orson Scott Card <3 geniusz :)

    A bohaterka jest może obrażona po prostu na cały świat, bo jest taka ładna i ma swojego chłopaka Piotrusia? Może uważa, że to niesprawiedliwe, albo cuś? Albo tak się nachapała szczęścia, że ciągle jej mało i stąd tyle marudzenia? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeżu kolczasty, powiedzcie mi, że ona nie zeżre tego jabłka. Że nie zeżre czegoś otrzymanego od dziwnego, nieznajomego faceta. To byłby już szczyt głupoty... Poza tym scena z samochodem była uberżenująca. Naprawdę.

    Swoją drogą, pogooglałam trochę o ałtorce i wiecie co? Baba w czerwcu skończyła medycynę. Medycynę! Nie chciałabym z nią pracować.

    Mam jeszcze takie zastrzeżenia:
    1) Zawsze wydawało mi się, że Pisakiem określa się męską wersję ałtoreczki, a wy wydajecie się stosować te określenia zamiennie. Nie czepiam się, tylko odczuwam pewien zamęt ^^
    2) "robi mi się nie dobrze" - ale babol :P (ósma kwestia Toldie)

    Poza tym strasznie, okropnie ;) podoba mi się wasze poczucie humoru, chyba zostanę stałą czytelniczką :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak zwykle wspaniała analiza, ale czy wy cierpicie na masochizm czytając takie książki ?
    Dla rozrywki, to jest fragment recenzji:
    "Nieprzyzwoicie zabawna książka o niebiańsko-piekielnej rzeczywistości. Do diabła - to trzeba przeczytać!"

    OdpowiedzUsuń